Kurhany Utheliona [2/3]
Kurhany Utheliona
[2/3]
Opowieść z początku ery Tarów,
ze zbioru Kronik Raroga, pióra Raroga
2020-2021
Przemyślenia Utheliona zostały brutalnie
przerwane, gdy naraz drzwi komnaty otworzyły się z trzaskiem i do sali wpadł
zdyszany goniec. Ukłonił się niezgrabnie, oparł dłonie na kolanach i dysząc,
łapczywie łapał oddech. Trwało to parę sekund. Na tyle krótko by Uthelion
zdołał jedynie wstać, na tyle długo by zdał sobie sprawę z niebezpieczeństwa,
które to przybycie zwiastowało. Jego gońcy mieli wrócić za cztery dni, lecz
nawet gdyby zdecydowali się skrócić obchód, odkąd przybyli na ten skrawek
ziemi, nie zdarzyło się jeszcze nic podobnego.
W komnacie byli sami. Król i jego goniec. W końcu
ten drugi się odezwał:
- Przybyli! Panie, Kamienny Lud!
Uthelion zamarł. Jedynym czego naprawdę się
obawiał, był dziki lud, którego nie znał, zza gór, których nazwy nie pamiętał.
Wiedział, że został sam; żaden z posłów rozesłanych w świat do dawnych
przyjaciół nie powrócił. Armii praktycznie nie miał, a odbudowane miasto wciąż
miało dziurawe mury i puste bramy.
- Żołnierzu! - przemógł się w końcu, choć jego
głos zadrżał nieco - zdaj mi pełen raport! Co stało się z oddziałem? Jak
natknęliście się na wroga? Chcę znać ich liczbę, uzbrojenie i nastawienie! Na
utraconą chwałę Kronosa, mów!
Goniec uspokoił oddech, wyprostował się i
zasalutował. Nie podniósł głowy, nie dostrzegł przerażenia w oczach króla.
- Oddział został rozbity. Wiedzą o nas, nie byli
zaskoczeni naszym widokiem. Nasz dowódca został ciężko ranny, ale zdołał zbiec
z jednym z gońców, drugiego zabili, ja byłem trzeci. Spotkaliśmy ich na stromej
ścieżce, nieopodal Bukowego Wierchu. Jest ich trzystu, może czterystu;
ciężkozbrojna piechota. Maszerują powoli, ale zbliżyli się już na mniej niż
dzień drogi, dotrą do miasta jutro o świcie, może późnym rankiem. Nie wiemy
jakie są ich zamiary, ale są uzbrojeni po zęby. Wybacz Panie, ale dam sobie
rękę uciąć, jeśli przybywają w pokoju...
Uthelion odwrócił się, starając zebrać myśli.
- A więc czeka nas starcie... - westchnął. - Czy
ktoś jeszcze o tym wie?
- Nikt panie, ale w mieście minąłem wielu ludzi,
domyślą się, że niosłem złe wieści.
- Dobrze się spisałeś. Idź odpocząć, zjedz coś,
opatrz rany. Jutro będę cię potrzebował!
- Tak jest wasza wysokość! – żołnierz zasalutował
i wyszedł z sali.
Uthelion opadł na tron. Gdy tylko goniec wyszedł,
do komnaty wpadło dwóch młodych pachołków niosących drewno do czar. Gdy tylko
zauważyli króla, zwolnili i ukłonili się nisko, ten jednak szybko odezwał się
do nich:
- Rzućcie
to na ziemię! Biegnijcie do koszar i do miasta! Zwołajcie kapitanów, mają się
przede mną stawić najszybciej jak to możliwe! To sprawa królewskiej wagi! Nie
dajcie się nikomu zatrzymać!
Dwóch chłopców natychmiast puściło drewno,
zasalutowało dziko i wybiegło tak samo szybko jak wbiegło. Od opuszczenia
Lukronu, nie słyszeli by władca używał zwrotu sprawa królewskiej wagi.
Od południa, kiedy to przybył goniec, miasto
zawrzało. Narada króla z kapitanami trwała prawie dwie godziny, a streścić ją
można stosem przekleństw na brak zasobów i informacji. Na koniec spotkania
Uthelion był wycieńczony. Miał ochotę rzucić się na starych kapitanów i
porozbijać parę łbów. Nie krył frustracji, ale bardziej dlatego by nie pokazać
po sobie rosnącego strachu, podsycanego tylko zwiększającą się świadomością
sytuacji, w której znalazł się on i jego lud.
Resztę popołudnia spędził w swojej komnacie
rozmyślając o swoim ojcu, spotkaniu z królem pasterzy i wrogu, który miał
następnego dnia przybyć do jego miasta. Wieczorem wybrał się na obchód murów,
inspekcję nielicznych oddziałów i licznych ochotników, którzy stawili się by
wspomóc siły króla.
Uthelion nakazał odnaleźć i ocucić Wahrena.
Starzec nieczęsto bywał rozmowny, ale młody król liczył na wsparcie
informacjami, które pasterz z pewnością posiadał, nie domyślając się nawet, że
mogłyby przeważyć o wyniku starcia. Znaleziono go zalanego na tyle, by nie być
w stanie dotrzeć do miasta o własnych siłach, ale nie na tyle, by zaćmiło to
jego bystry rozum. Na tą małą iskrę intelektu liczył właśnie Uthelion. Już
wcześniej przeczuwał, że staruszek wie o wiele więcej niż mówi, a ostatnia
rozmowa tylko go w tym przekonaniu utwierdziła.
Tak minął wieczór i noc. Niepewnie, nerwowo i
pracowicie.
Nazajutrz, stojącego na szczycie niewysokiej wieży
Utheliona, przywitał blady blask czerwonego słońca. Stał w asyście dwóch
żołnierzy i pasterza, wpatrując się w zalane mgłą zielone pola owczych wzgórz.
Falujące nisko nad ziemią, mlecznobiałe obłoki oblały się czerwienią. Od strony
gór wiał lekki wiaterek, okoliczne ptaki śpiewały w lesie, a wśród murów paliły
się pochodnie. Nerwowy gwar krzątaniny obrońców ledwie docierał do podniebnej
platformy. Uthelion nie spał tej nocy, był zbyt sfrustrowany i zestresowany.
W oddali odezwał się głos rogu. Narodził się
nagle, niewidoczny wśród krwawych mgieł, przemierzył pola szybując nad
pustkowiem i przeszył basztę powodując u wszystkich ciarki na karkach. Armia
nieprzyjaciela przybyła.
- Zaczyna się .
- Jak mówiłem – odezwał się Wahren cicho
– najsampierw przylezie ich trzech. Jeden co ich prowadzi, dowódca znaczy się i
dwóch co to za nim idą. Jeden zawsze niesie ich flagę na drągu. Drugi kij, co
to jest zanurzony w smole i podpalony, pochodnie znaczy. Robią tak co do razu,
nie wiedzieć czego, taki zwyczaj być musi. Jakem mówił, podłe to psubraty, acz
na swój sposób honorne. Tak, honorne jak mało kto…
-
Zrozumiałem – odrzekł Uthelion. Odwrócił się i zszedł po wąskich schodach. Z
baszty przeszedł szybko do swojej komnaty, gdzie już czekał na niego giermek z
przygotowaną zbroją, w której król miał przywitać nadchodzące wojsko.
Czarny,
płatowy pancerz był podszyty białym futrem i ozdobiony srebrnymi okuciami.
Wykonano go z ciemnego dargatu, przyozdobionego prawie białym mergoldem.
Starożytne runy błogosławieństw sprawiały, że dla noszącego wydawała się lekką
i swobodną. Zbroja Utheliona należała wcześniej do jego ojca, a wykonana
została na zamówienie u najświetniejszych mistrzów z Kronosa. O jej wartości
nie stanowiły jednak metal i zdobienia, ale właśnie runy błogosławieństw.
Wyryte w misterny sposób słowa ułożone tak, że działały prawie magicznie.
Sztuka
ich zapisu została wynaleziona i rozwinięta przez kronosjan, i tylko oni
potrafili się nią posługiwać, skutkiem czego szybko zyskała miano
kronosjańskiej magii. Inne plemiona starały się kopiować znaki i słowa, ale
nikomu innemu nie udało się nawet zbliżyć do poziomu jaki w Kronosie uchodził
za powszechny.
Runy
modlitw, jak zwano tą sztukę poza królestwem Utheliona, były niezwykle potężne
i budziły respekt wśród wszystkich plemion, nawet tych, które przekraczały
kronosjan poziomem wiedzy i technologii. Była to zapewne jedna z przyczyn, dla
której każdy starał się utrzymywać pokój z królestwem ze wschodu. Zresztą, nic
w tym dziwnego, skoro wrota okraszone błogosławieństwem nigdy nie zostały
wyłamane, miecz nigdy się nie wyszczerbił, tarcza nigdy nie pękła. Dla
wielkiego królestwa był to klejnot koronny, teraz zapomniana perła w tobołku
tułacza.
Zapiąwszy ostatni pas, westchnął ostatni raz i z
podniesioną głową pomaszerował do małej sali. Wszedł pośpiesznie, mijając
niewielką grupę dowódców i tych których niegdyś mógłby nazwać dostojnikami. Za
tronem stał mały oddział żołnierzy, wokół tronu paliły się dwie czary ognia i
paliły się całkiem porządnie. Chociaż tyle – westchnął w myślach Uthelion.
Ostatni raz spojrzał jeszcze na czarne chorągwie z białym krzyżem, symbol domu
Kronosa i…
Wrota otworzyły się gwałtownie i do pomieszczenia
powoli wmaszerowało trzech kamiennych ludzi. Uthelion był zszokowany.
Postaci które zobaczył nie były ludźmi z kamienia,
przynajmniej w literalnym znaczeniu tego sformułowania. Były to istoty z krwi i
kości sporo niższe niż się spodziewano, wzrostu trzech i pół, może czterech
łokci. Barczyści mężczyźni, o ciemnej karnacji, dwóch młodszych o włosach
rudych, prawie czerwonych, starszy dowódca całkowicie siwy. Twarze mieli
nieprzyjemne. Duże nosy i wydajne łuki brwiowe, szerokie szczęki pokrywały
gęste, misternie splecione brody, z dużych ust wystawały im spore kły. Dwaj młodsi byli w asyście, starszy był
dowódcą. Młodsi ze sztandarem i pochodnią zatrzymali się na wejściu, starszy
powoli podszedł do tronu. Przerzucony przez ramię miał długi topór z
pojedynczym ostrzem, na sobie lekką kolczugę i dwa ciężkie naramienniki,
których Uthelion pewnie nie zdołałby nawet podnieść.
Przybysz poruszał się swobodnie, stanąwszy na dwa
metry przed Uthelionem zdjął topór i oparł go ostrzem o podłogę. Straż
Utheliona zrobiła krok naprzód łapiąc za szable. Król podniósł lekko dłoń;
strażnicy cofnęli się.
Kamienny patrzył na niego chwilę, po czym
uśmiechnął się nieco, położył dużą dłoń na klatce i lekko skłonił głowę, ani na
chwilę nie gubiąc kontaktu wzrokowego. Jego ramiona były jak bale, szerokie i
potężne, dłoń tak wielka, że z łatwością mogłaby zmieścić w sobie czaszkę
człowieka. Nie był to stwór z kamienia, ale z pewnością nie człowiek, ani
kronosjanin.
- Ghar harag eeragah! – zaczął w swoim języku,
jego głos był głęboki i szorstki.
- Nie znam twojej mowy, porozumiewasz się w
kronosjańskiej? – zapytał sucho Uthelion.
- Nieco – odparł tamten – powiedziałem ci: witaj
młody królu.
- Witam również ciebie. Jestem Uthelion, lord na
Gar-Tored, dziedzic Lukronu, Król Wielkiego Królestwa Kronosjan.
- Ja jestem Labdar, syn Lakarda, wasal Kraina IV
Skalanego, króla na Krainelionie, twojego sąsiada.
- W jakim celu do nas przybywasz?
- Mój senior przesyła ci pozdrowienia – odparł
spokojnie, choć jego wzrok pozostawał wrogi – szczęście, żeście się odratowali
z Lukronu. Słyszeliśmy na południu, że żyjecie teraz z owczarzami, z tymi
brudnymi pastuchami. Oświadczam ci zatem, że pan mój, Krain Skalany zaprasza
ciebie i twoich ludzi, żebyście się z nami zabrali i przysiągłszy mu wierność,
zamieszkali w Krainelionie jako jego poddani. Pozwala ci, w łaskawości swojej,
zatrzymać nawet tytuł i najbliższe sługi. Ty sam zaś jak i reszta twojego ludu,
staniecie się jego poddanymi na wieki wieków. Mój pan bardzo liczy na twoją dobrą
wolę i umiejętności.
Labdar uśmiechnął się krzywo. Uthelion ostrożnie,
analizował jego słowa, niepokoiła go szczególnie wzmianka o umiejętnościach.
Czyżby chodziło mu o runy modlitw? – pomyślał.
- Twoja propozycja jest bardzo hojna, ale jesteśmy
Kronosjanami, a wy, kamienni ludzie…
- Łooo! – staruszek odchylił głowę – Aspos synku!
Aspos!
- Co proszę? – Uthelion zmieszał się urażony.
- Nie przezywaj nas tak jak twoi kamraci! Nie
żadni kamienni ludzie, nie upiory gór, ani strzygi południa. Jesteśmy Aspos,
dokładniej żeby rzec, z rodu Kraina, tudzież krainelianie! Jesteśmy
wojownikami, a w naszych żyłach wraz z krwią, płynie ogień i honor! Od wieków
żyliśmy obok was w pokoju. Naraz to twój ojciec stwierdził, że koniec kontaktów
i zatarł ślady naszej egzystencji w twoim kraju. Z nami zaczął wojować i
przezwał nas kamiennymi ludźmi, że niby nas demony wyrzeźbiły z górskich skał i
zesłały, żeby was gnębić, dobry ludek z przeklętego lądu!
- Czy aby na pewno chodzi wam o nasze dobro? Czy
może o tajemnice i umiejętności, które skrywa mój lud?! – rzucił gniewnie król.
- No! – Aspos ożywił się, a na brzydkiej twarzy
zajaśniał uśmiech – jednak wyschło już mleko pod twoim nosem! Całkiem nieźle
synku!
Gwałtownik, ale nie chowa urazy – pomyślał król
ignorując zniewagi.
- Może i masz w sobie ikrę ojca! Tak, wszyscy w
Krainelionie pamiętają rzeź pod Gar-Uthel i bitwy na wyżynie Nefis, teraz już
wyspie – poprawił się – wasza moc była wielka, a potęga niepodważalna. Ale
jakem powiedział, była. Zmieniły się czasy i teraz to my mamy potężne armie i
dostatni kraj, ty zaś tylko nieurodzajne wybrzeże, trochę lasów i łąk. Pierwsza
zima was zmorzy, a za górami nadal ciepło.
- Niemniej, nie chodzi wam o nas, a jedynie nasze
błogosławieństwa.
- Cóż jedno drugiemu szkodzi? – odparł Labdar,
teraz już oschło – nie macie szans przetrwać zimy bez nas. Pomóżmy sobie
nawzajem, a pod rządami Kraina Skalanego, odbudujesz swój lud, szkoda by było
zatracić takie dziedzictwo…
- Jestem skłonny zaryzykować – odpowiedział twardo
Uthelion.
Na te słowa oczy przybysza zapłonęły gniewem,
zacisnął zęby aż strzeliło, a potem wygiął się prezentując muskularne ciało.
- Chłopcze! Powiem to tak – zaczął spokojniej. –
Zostałem tu posłany, żeby dokonać trzech rzeczy, za każdą czeka mnie
odpowiednia zapłata. Pierwsza, to przekonać was, żebyście do nas przystali, za
to zapłacą mi złotem. Druga, jeśli nie będziecie chcieli przyjść, mam was
pojmać i doprowadzić, za to zapłacą mi srebrem. Trzecia, jeśli i to okaże się
niemożliwe, mam was wyrżnąć, za to zapłacą mi honorem. W każdym innym przypadku
zapłacą mi stalą – to powiedziawszy podniósł sprawnie ciężki topór, zakręcił
nim w powietrzu i w sugestywnym geście dotknął szyi, wytrzeszczając oczy.
Albo nas pojmie, albo zabije, albo sam zginie –
pomyślał Uthelion. Jednocześnie dowódca zarzucił topór na ramię i zaczął
wychodzić.
- Daje ci czas do jutra do świtu! Decyduj.
- Czekaj! – zatrzymał go nagłym krzykiem Uthelion.
Labdar zatrzymał się, ale nie odwrócił, tylko
spojrzał przez ramię.
- Jesteś człowiekiem honoru, sam to przyznałeś!
Był u nas stary zwyczaj rozwiązywania sporów, który niegdyś praktykowano. Walka
jeden na jeden. Bez zbroi, bez tarcz. Miecz na miecz!
Aspos odwrócił się, wyraźnie zadowolony.
- U nas też jest taki zwyczaj. Z tą różnicą, że
walczymy na śmierć i życie. Co ty na to młody królu?
- Jeżeli wygram, odejdziecie?
- Jeżeli uda ci się mnie zabić, moi ludzie powrócą
do naszego kraju. Mój pan również uszanuje wynik honorowego pojedynku.
Przynajmniej… na jakiś czas – dodał, uśmiechając się ponuro.
- A więc zgoda, niech nasze miecze skrzyżują się
jutro o świcie, na głównym rynku miasta!
- Miecze i topory! – rzucił dziwnie wesoło Aspos –
w porządku, jutro zadecydujesz o swoim losie.
Wojownik raz jeszcze skłonił się i wraz z
towarzyszami opuścił małą salę. Gdy dwóch strażników zamknęło za nim ciężkie
wrota Uthelion prawie zemdlał. Oparł się o oparcia tronu i oddychał chwilę
ciężko, próbując pozbierać myśli.
Po sali powoli rozszedł się szmer szeptów
wymienianych między żołnierzami i dworzanami. Młody król przeleciał wzrokiem po
sali i gestem ręki rozkazał innym wyjść. Drzwi ponownie zostały otworzone i po
chwili pozostał sam. Oddychał ciężko, jakby przygnieciony życiem.
Po chwili wstał, zerwał z głowy koronę i cisnął
nią o ziemię. Pomieszczenie przeszył głuchy szczęk metalu odbijającego się od
kamiennej posadzki.
Znów opadł bezwładnie na tron.
Cała nasza historia, całe nasze dziedzictwo,
zostało zredukowane do jednego miasta na krańcu świata. Z wielkiego rodu
królewskiego pozostał jedynie chłopak, który nie przelał jeszcze w życiu krwi,
a jutro w walce ma zdecydować o przyszłości swojej rasy. Może należałoby się
poddać? Skończyć z całym tym zamieszaniem, z wielkimi słowami o wolności i
dumie. Sprzedać swoje sekrety i pożyć jeszcze trochę w spokoju. O tak, dopada
mnie zmęczenie. Nie wiem czy zdołam jutro się stawić. Nie wiem nawet, czy
zdołam się jeszcze podnieść z tego, pożal się Boże, tronu!
Dzień dłużył się niemiłosiernie. Uthelion
przemieszczał się w nim jak zjawa. Przez swoich kapitanów został oprowadzony po
mieście, omówił z nimi plany ewentualnej obrony, wszelkie dostępne opcje,
zarówno te szlachetne, jak i haniebne, przy czym te ostatnie niestety nie były pewne.
Czas zwolnił, a on sam miał wrażenie, że coraz bardziej zapada się w niebyt.
Pod wieczór nie miał już w sobie ani krzty nadziei na wygraną. Ostatni władca
Kronosa, ten tytuł zdawał się coraz bardziej realny.
Było już ciemno, Uthelion siedział w swojej
komnacie, gdy rozległo się pukanie do drzwi. Nie spodziewał się ani gości, ani
sług, ale było mu już wszystko jedno, więc wydał z siebie tylko krótkie:
- Wejść!
Drzwi powoli otworzyły się, a w nich ukazał się
nie kto inny jak stary pasterz. Na jego widok Uthelionowi jeszcze bardziej
zrzedła mina. A jednak mogło być gorzej - pomyślał. Tamten jednak jakby tego
nie zauważył, podpierając się laską wsunął powoli do środka i zajął miejsce na
krześle, naprzeciwko łóżka, na którym siedział kronosjanin.
- Ciężkie je wasze życie, wasza. Jutro się będzie
wasza prał, to przyniosłem co, żeby głowę uspokoić – to rzekłszy, wyciągnął zza
pazuchy flaszkę; Uthelion uśmiechnął się lekko.
- Mieliśmy wypić zdrowie twojego wnuka –
przypomniał sobie.
- Ano, przydałoby się, co by szybko rósł i wysoki!
Ale nie chce waszej moimi sprawami zajmować, nie dziś w każdej razie. Wasza ma
teraz inne kołomyje.
- Tak... jutro rozstrzygnie się los mojego ludu.
- Ano właśnie. Bom był właśnie z waszą, jako tamci
przyjszli i myślałem o tym co gadali do was. I to wam muszę powiedzieć, że
myślałem cały dzień i nadal tegom nie pojął. Przecież nie przyszli was
mordować, a jakoby chcieli to by mogli, bo w tym to są sprawni akurat. Ale
przyjszli, co by was do siebie zaprosić, zbrojną świtę przysłali, co by się wam
jaka krzywda w górach nie stała, jak je będziecie przekraczać. Tam, jak
powiadają ci co skórki chodzą sprzedawać, ciepło jest, to i dla was lepiej, a i
bogaty to kraj ostatnimi czasy pono. Co by wam szkodziło iść z nimi? Przecie to
dla was ino lepiej!
- Chcą nas tam, to nie ulega wątpliwości. Ale nie
jest tak kolorowo, jak mogłoby ci się wydawać. Bylibyśmy tam niewolnikami, na
służbie i usługach barbarzyńskiego króla, którego ziemia przesiąknięta jest
krwią mojego ludu. Setki lat te góry były terenem spornym, doliny za nimi były
bogate w metale z których wykuwano kronosjańską broń; jeszcze w czasach gdy
Kronos był wojowniczym królestwem. Moi przodkowie oddawali życie, by podbić i
utrzymać tamte ziemie. Od wieków trwała wojna z, jak sami się określili Aspos…
Nie panie Wahren, nie ma dla nas życia na południu. Nie po tym co poświęciliśmy
dla tej ziemi.
- Niech się wasza nie gniewa, ale wiele się
zmienia ostatnio. Heh, cały świat się zmienił przecież! A żyć trzeba, tu i
teraz. Nie ma co biadolić o dawnych dziejach, o wojnach i urazach, bo co było,
to było, a jest tylko to co jest teraz, inaczej nie będzie. Przecie tyleście
cierpieli, tyleście stracili. Co wam szkodzi przeboleć wasz honor, tu o wasze
życie przecie idzie!
Uthelion wstał i spojrzał w dal na obóz Aspos. Po
jakimś czasie westchnął ciężko i odwrócił się do króla pasterzy. W jego twarzy
było teraz coś innego, coś jakby królewskiego. Staruszek nigdy jeszcze tego nie
widział, ale teraz pomyślał, że odnosi się do niego zbyt zuchwale. Przełknął
ślinę ciężko i czekał na odpowiedź króla.
- Chciałbym, żeby twoje spojrzenie odpowiadało
rzeczywistości. Zdaje się jednak, że jest w tym coś jeszcze. Coś bardziej
mrocznego i potężnego, czego dotychczas nie brałem pod uwagę, a co zapewne jest
prawdziwym celem Aspos. Wiele wieków temu rozegrała się jedna z ostatnich bitew
w której udział brał Kronos. Rzeź tak straszna, że cały mój naród wyrzekł się
przemocy i ograniczył wojsko do niezbędnego minimum. Wielka armia kamiennych
ludzi… to znaczy Aspos, walczyła z jednym z naszych sojuszników na zachodzi.
Nie wypowiedzieli nam wojny, ale będąc w odwrocie wkroczyli na nasze ziemie.
Próbowali przemknąć niezauważenie w cieniu łańcucha Gór Działowych. Gdy tylko
mój ojciec dowiedział się o tym zebrał dwukrotnie większą armię, rzucił się w
pogoń i ścigał ich od Wschodniej Bramy, aż w okolice Gar-Uthel. To tam ich
dopadł i zmasakrował. Był wówczas młody i później często żałował swoich czynów,
ale położył wówczas trupem sto tysięcy nieprzyjaciół. Do tego czasu okolice
Gar-Uthel mają czerwonawą barwę ziemi. Ale samo zwycięstwo nie sprawiło, że
strach padł na cały kontynent. Po stronie Kronosa nikt nie zginął. Wyrżnęliśmy
całą ich armię, a sami nie straciliśmy żołnierza. Nigdy wcześniej się to nie
stało, ale mój ojciec miał potężną broń; rodzaj magii, albo tajemnych mocy
zwany Runami Kronosjan. Od zawsze istniały w dwóch odmianach: Święte Runy
Modlitwy, czyli Błogosławieństwa oraz ich mroczne spaczenie, Plugawe Runy,
Przekleństwa czy też Spaczone Słowa. Te pierwsze potrafiły wzmacniać i
osłaniać, zwiększać szczęści i zdrowie, te drugie dawały moc potężniejszą i
straszniejszą, ale ich użycie zawsze wiązało się z równie wielką ceną. Przez
całą historię naszego ludu, władcy Kronosa wzmacniali swoje zbroje i miecze
Runami Błogosławieństw, mój ojciec stworzył armię złożonych z żołnierzy z
których każdy miał wycięte na ciele runy klątw. Takich znamion nie da się
usunąć, nigdy nie powinno się ich wypisywać na ciele, gdyż zmieniają charakter
materiału na którym zostają wycięte czy też wypisane. Sprawiają, że rzeczy
stają się permanentne, taka już ich natura. Wojownik, którego ciało pokrywają
kronosjańskie runy, zawsze będzie nosił w sercu szał walki, gdy raz poczuje
żądzę krwi nie pozbędzie się jej. Tak samo szok, strach, ból i cierpienie.
Wszystko staje się trwałe. Tylko śmierć może wybawić od tego stanu, ale jak
zabić kogoś, kto ma wypisane na piersiach, że „nie dosięgnie go ostrze wroga”?
Ostatecznie jedyną osobą które była zdolna pozbawić tą armię życia był mój
ojciec. Gdy tylko ich życie stawało się nie do zniesienia, przybywali do niego
aby ich zabił. Setki były przetrzymywane w lochach Kronosa. Dziesiątki ruszyło
w świat siać spustoszenie. Wszystkich ich, co do jednego zabił mój ojciec.
Musiał. Inaczej do dziś cierpieliby katusze. Kronos był najbardziej pokojowym
królestwem starego świata, to prawda. Ale zapłacił za to straszliwą cenę. Pewnie
dlatego został zniszczony… Tak Panie Wahren. W moim posiadaniu znajduje się moc
do pokonania moich wrogów. Jednocześnie jest to jedyna rzecz której nie mogę,
nie wolno mi użyć. Dlatego nie wolno mi się poddać. Nie wolno poddać tej mocy
nikomu. Ironiczne, nieprawdaż? Strzec tajemnicy zdolnej zniszczyć świat i nie
móc jej użyć, aby samemu ocaleć. W każdym razie… nie mogę poprowadzić moich
ludzi do Krainelionu. Nie mogę poddać się Krainarom. Piekło musi pozostać
zamknięte.
Uthelion odwrócił się i znów patrzył w dal, tym
razem przez długi czas bez słów. W końcu król pasterzy stwierdził, że rozmowa
już się zakończyła i niezgrabnie podniósł się, po czym bez słowa wyszedł.
Ostatni król Kronosa stał jeszcze długo wpatrując się w noc. Tej nocy znów nie
zmrużył oka.
Poranek następnego dnia był przepiękny. Nim jeszcze wzeszło słońce, silny wschodni wiatr rozgonił chmury i mgły....
Ciąg dalszy nastąpi......
Komentarze
Prześlij komentarz