Kurhany Utheliona [1/3]
Kurhany Utheliona
[1/3]
Opowieść z początku ery Tarów,
ze zbioru Kronik Raroga, pióra Raroga
2020-2021
Uthelion otworzył oczy. Blask poranka przedzierał
się leniwie przez zakryte jedwabnymi firankami okna. Na zewnątrz śpiewały
ptaki, a z korytarza dobiegał wesoły gwar służby, pracującej od świtu w
przygotowaniu królewskiego śniadania.
Odetchnął z ulgą. Jeszcze chwilę temu żył w
świecie gdzie jego królestwo zniszczył potop, on sam został królem i schronił
się na brzegach wyspy Lukron, dawnych stokach gór księżycowych, skąd później
musiał uciekać ze swymi ludźmi, gdy na wyspie pojawiła się plaga dziesiątkująca
wszystko co żywe. Zły sen o kataklizmie, zarazie i tułaczce oddalał się powoli.
Wstał czym prędzej, narzucił szatę i wyszedł z
pokoju. Po chwili, znalazł się w królewskiej komnacie jadalnej. Przy suto
zastawionym, długim na kilka metrów stole siedział już w otoczeniu dworzan,
jego ojciec król, a także matka i siostra. Kobiety patrzyły na niego spokojnie,
uśmiechając się dobrotliwie. Król pozostawał niewzruszony, jak starożytny
posąg, silny i majestatyczny, jakim od zawsze pamiętał go Uthelion.
- Jakiż to cień ogarnął twoje serce smutkiem, mój
synu? - spytał łagodnie król.
- Koszmar, jakiego doświadczyłem we śnie.
Kataklizm, który pogrzebał nasz świat – odparł dworskim tonem. - Zobaczyłem go
i doświadczyłem. Widziałem jak walą się mury naszego zamku, jak miasta toną, a
ludzie giną. Lękam się, że sen może przerodzić się w rzeczywistość, że czeka
nas potop, którego nie sposób będzie uniknąć, a który może zakończyć nasz czas
na tym świecie.
- Istotnie prawdą jest, że sny bywają prorocze –
odparł król - ale nie musisz się obawiać. Żyjemy teraz w dobrym wieku; twoja
wizja nie spełni się jeszcze przez wiele lat.
Uthelion spostrzegł, że wszyscy w sali spoglądają
na niego, a w oczach mają wypisany smutek. Odwrócił wzrok na swoją matkę i
siostrę, one też miały smutne twarze. Jedynie król wciąż uśmiechał się ciepło.
I nagle nie stał już w sali pełnej ludzi, ale w
pustej kamiennej hali, na końcu której, na starożytnym drewnianym fotelu
siedział tylko samotnie stary król. Białe włosy jego brody falowały łagodnie
pod ciężkim oddechem starca.
Uthelion nie był pewien co się stało, spojrzał z
lękiem w stronę ojca, ten odwzajemnił spojrzenie i znów, jak zawsze, uśmiechnął
się. Lecz tym razem było w tym wyrazie coś dużo smutniejszego niż zazwyczaj.
- Wszystko na tym świecie ma swój wyznaczony czas
– rzekł król. – Mój właśnie dobiegł końca, rozpoczyna się twój.
Niebo na zewnątrz pociemniało, a salę w której się
znajdowali ogarnął cień. Stary król uśmiechnął się najserdeczniej jak było to
możliwe; po policzku spłynęła mu łza. Pierwsze krople deszczu zastukały w
witrażowe okna, deszcz wzmógł się i po chwili lało już okrutnie. Dziki wiatr
zawył w załamaniach murów.
Wtem, potężny ryk w oddali przeszył powietrze.
Uthelion zamarł z przerażenia - wszystko powtarza się raz jeszcze. Spojrzał w
stronę ojca; tron był pusty. Poczuł ciężar korony na swojej głowie. W jednej
chwili wszystko wróciło. Jak na znak, wszystkie szyby w wysokich oknach runęły
jednocześnie i bezmiar wód wdarł się do środka. Uthelion widział, jak kotłują
się w sali, gdy ogromna fala wyrosła przed nim jak morski wąż i rycząc dziko
zwaliła się prosto na niego gotowa go okryć i unicestwić.
* * *
Otworzył oczy łapczywie łapiąc oddech. W małym
pokoju, w którym spał było ciemno. Przez małe okienka wpadało niewiele światła.
Zresztą wszystkie dni tutaj były ciemne i ponure.
Znów ten sen - pomyślał i powoli wypuścił
powietrze. Mijał trzeci rok odkąd przejął obowiązki króla i stanął na czele
swojego narodu. Zdawało się, że nic nie zwiastuje końca ich dziejów. Ród
królewski był silny, kraj rozwijał się dostatnio, a ludzie żyli spokojnie.
Wśród wszystkich krain kontynentu, lud Kronosa miał opinię prawego i światłego.
Nie szukał wojen, starał się utrzymywać przyjaźń z każdym, kto stawał u jego
wrót, jedyną waśń toczył z południowym sąsiadem, Kamiennym Ludem.
Potop przyszedł nagle i straszliwie. Pogrążył w
otchłaniach oceanu wszystko od wschodniego wybrzeża, aż po dawną dolinę
Sagragaru. Przetrwały jedynie zbocza otaczających stolicę gór księżycowych,
znane od teraz jako wyspa Lukron, oraz stoki południowych gór, które miejscowi
zwali Gierluśnymi Wierchami. Nie minęły dwa lata spokojnego życia, gdy na
wyspie pojawiła się zaraza zabijająca wszystko co żyje. Od ludzi, przez
zwierzęta, po plony. Szybko stało się jasne, że ocalały ląd stanie się wkrótce
cmentarzyskiem.
Opuszczali Lukron w pośpiechu, ostatni
kronosjanie, resztka wielkiego narodu, jeszcze niedawno drugiej siły na
kontynencie. Z grobowej wyspy nie zdołała uciec nawet dziesiąta część
ocalałych. Kilkuset ostatnich wypłynęło w nieznane.
Uthelion okrył się kożuchem. Było zimno, bardzo
zimno. Wcześniej w Kronosie panował ciepły, suchy klimat, teraz temperatura w
dzień dochodziło może do dziesięciu stopni, powietrze stało się wilgotne, a
niebo stale zakrywała stalowa zasłona chmur. Podejrzewał, że w jakimś stopniu
właśnie to zimno wpływało na rozwój choroby która zdziesiątkowała ich na
zboczach księżycowych gór. Tutaj, na południowym skraju ich dawnego królestwa,
zaraza nie była już tak zabójcza. Dawało się odczuć, że naród odżywa.
Wcześniej nie było kronosjan w tej okolicy. Kilka
osad założyli ludzi z innych części kontynentu. W większości trudnili się
wypasem owiec na tutejszych stokach. Podporządkowali się prawom królestwa i nie
ściągali na siebie uwagi. W stolicy niewiele o nich wiedziano; mówiło się, że
to potomkowie jakichś wymarłych plemion z północnego wschodu. W gruncie rzeczy,
byli to porządni, acz zdystansowani ludzie. Nie odmawiali pomocy, ale i sami
jej nie proponowali. W zasadzie żyli sobie w królestwie Kronosu, bo było tu
spokojnie i bezpiecznie i właściwie tylko na tym im zależało.
Gdy przed kilkoma miesiącami statki Utheliona
dotarły tu z wycieńczonymi, schorowanymi ludźmi, przywitał ich widok licznej
grupy wieśniaków stojących i obserwujących zmagania żeglarzy z wiatrem. Gdy
udało się zacumować i uchodźcy zaczęli schodzić na ląd, nikt z gawiedzi nie
rzucił się na ratunek, ale stali tam wszyscy całą bandą zaciekawieni
niecodziennym widowiskiem. Dopiero na wyraźny rozkaz króla podmurowany groźbami
zdecydowali się podjąć działania, a i tak zrobili tylko tyle, ile im rozkazano.
Uthelion zastanawiał się potem, czy byli świadomi,
że miał ze sobą tylko garstkę zmęczonych żeglugą żołnierzy i nie stanowili
żadnego zagrożenia dla kilkusetosobowej grupy wieśniaków, nawet jeśli wielu z
nich stanowiły kobiety, dzieci i starcy.
Ubrawszy się, Uthelion wyszedł z małej komnaty.
Był już dobrze obudzony i powoli robił się głodny. Jego aktualną posiadłość
stanowiła strażnica w mieście Gar-Tored, jeszcze do niedawna
jego mury były całkowicie opuszczone.
Pasterze zasiedlali te okolice gęsto, ale uważali ruiny za przeklęte i trzymali
się od nich z daleka.
Gar-Tored, przyzwoitych rozmiarów miasto,
zbudowane w starym, porządnym stylu. Sieć dróg była dobrze rozplanowana, a mury
na tyle solidne, że w ciągu dwóch miesięcy zdołano przywrócić większość
budynków do stanu użyteczności wystarczającej, by kronosjanie mogli w nich
zamieszkać. Nieco gorzej miały się zewnętrzne mury miasta. O ile kamienne
fortyfikacje trzymały się nieźle, przynajmniej tam, gdzie pasterze ich nie
rozebrali, to po masywnych wrotach wzniesionych niegdyś w czterech bramach miasta
nie został już ślad spróchniałej drzazgi. Zmniejszało to znacząco potencjał
obronny osady, a tym samym otwierało łatwą drogę dla potencjalnych najeźdźców.
- W tych rejonach - jak powtarzali pasterze -
wieści za szybko się nie rozchodzą, ale na południu, za górami, żyje dziki lud,
jak tylko o was usłyszy to tu przylezie z wami walczyć. Z nami walczyli, to nas
dużo poginęło, zabrali nam wiele ludzi, zabrali wiele owiec... Przychodzą
jeszcze czasem, co parę lat, ale tu u nas bieda, to nie mają co brać. Pogwałcą,
rozwalą parę łbów, czasem wioskę spalą i idą do siebie. Takie życie, co
poradzisz…
Uthelion realnie obawiał się południowców. Sam
nigdy się z nimi nie starł, ale z opowieści ojca wiedział, że są ludem twardym
i mimo, że inni biorą ich za dzikusów, dysponują solidną bronią i
opancerzeniem. W Kronosie mówiono, że ich stal nie ma sobie równych, strategie
zawsze mają przemyślaną i nigdy nie ustępują z placu boju. Młody król realnie
się ich obawiał; wiedział, że nie ma sił by się z nimi mierzyć.
Wyszedł z korytarza na krużganek, spojrzał na
tętniące życiem miasto. Stał tam przez chwilę w białym kożuchu. Był średniego
wzrostu, niespecjalnie barczysty, dość młody jeszcze, jak na króla. W momencie
przejęcia władzy miał niecałe osiemset lat; na jego szarej twarzy nie pojawił
się jeszcze zarost. Od innych ras ludzkich, odróżniała go skóra barwy popiołu,
wydajne kości twarzoczaszki i granatowe, krótko obcięte włosy.
Krużganek oplatał zachodnią stronę strażnicy.
Zawieszony nad skarpą, na której wznosił się zamek, dawał widok na większą
część miasta i okoliczne wioski. Domy w mieście były wzniesione z białego
piaskowca, kontrastującego mocno z czerwoną dachówką tam, gdzie jeszcze
pozostała. W miejscach, gdzie jej nie było dachy pokrywano ciemnymi deskami z
okolicznych drzew, albo słomą zakupioną od pasterzy. Wśród uciekinierów było
kilku strycharzy, ale w okolicy brakowało materiału do wyrobu dachówek. Tak
samo pieniędzy do zakupu materiałów, a nawet wystarczającej ilości jedzenia.
Uthelion niechętnie wypuszczał ludzi w lasy.
Pasterze często opowiadali o dzikich bestiach które żyją w wyższych partiach
gór i choć ich słowa traktował z dystansem, młody król nie chciał ryzykować
życia ani zdrowia tej resztki swojego narodu, która mu pozostała. Miał
świadomość, że są ostatnimi kronosjanami na świecie.
Raz jeszcze, westchnął ciężko i powoli skierował
się do kuchni. Przeszedł przez krużganek, otworzył ciężkie drzwi i wszedł do
środka. Powitało go pozdrowienie dwóch strażników, zasalutował i poszedł dalej.
Przebył krótki korytarz i po schodach zszedł do małego pomieszczenia, gdzie
urządzono kuchnię. Na jego widok stara kucharka mało nie krzyknęła.
- Ależ wasza wysokość! Król nie może posilać się w
kuchni przy służbie! Śniadanie podamy w małej sali, jak zwykle. Zaraz będzie
gotowe! - I dodała do swoich pomocnic - pośpieszcie się, jego wysokość czeka na
śniadanie! - po czym znów zwróciła się do Utheliona - jego wysokość wybaczy,
spodziewaliśmy się, że jego wysokość wstanie później, jak zazwyczaj...
- Starczy już jego wysokości Glearis, język ci się
splącze - odparł z uśmiechem.
- Tak panie, wybacz - odparła kucharka, lekko
zakłopotana.
- A śniadanie zjem tutaj. Jest ciepło i ładnie
pachnie, mała sala nadal nie ma kominka.
- Jak jego wysokość... to znaczy jak sobie
życzysz, panie - kobieta ukłoniła się nisko i odeszła krzątać się przy kominku.
Uthelion usiadł przy małym stole i za chwilę miał
już przed sobą talerz mięs i pół bochenka chleba. W kuchni istotnie było
ciepło, o wiele cieplej niż na zewnątrz. Młody król, jeszcze jako dziecko,
często przesiadywał w pałacowej kuchni. Miła atmosfera krzątaniny i zapach
pieczonych ziemniaków przypominały mu lepsze czasy.
Nie skończył jeszcze jeść, gdy do kuchni wszedł
żołnierz i salutując rzekł:
- Mój panie, król pasterzy przybył!
- Dobrze, im szybciej to załatwimy, tym szybciej
będę mógł wyruszyć do miasta - odparł zagryzając resztkę bochenka – przekażcie
mu, niech zaczeka w małej sali, podajcie mu wina i zróbcie coś, żeby ogrzać to
miejsce. Rozpalcie paleniska, zróbcie cokolwiek, byle było choć trochę cieplej!
- Tak jest wasza wysokość, wedle rozkazu – odparł żołnierz,
raz jeszcze zasalutował i opuścił kuchnię.
Uthelion powoli dokończył posiłek. Wbrew swoim
słowom, niespecjalnie się spieszył na spotkanie z gościem. Gdy przełknął
ostatni kęs, dokończył wino i wstał. Raz jeszcze spojrzał na strzelający w
kominku ogień i ze smutnym uśmiechem wyszedł z ciepłego pomieszczenia. Droga do
małej sali była krótka, ale zimno zrobiło mu się zaraz po opuszczeniu kuchni.
Młody król nie był specjalnie religijny, ale dziękował wszystkim znanym mu
bóstwom, za ten mały kawałek raju który mu oszczędzono.
Mała sala była w istocie mała. Długa na jakieś
dwanaście metrów, szeroka na osiem. Wysoki na pięć metrów sufit podpierały dwa
rzędy drewnianych filarów, osadzonych pomiędzy oknami; po pięć na każdej
ścianie. Okrągłe okno znajdowało się po przeciwległej do wejścia ścianie, trzy
metry nad drewnianym tronem. Poza tym meblem, sala była prawie zupełnie pusta.
Kamienne, popękane płytki straszyły czernią i brudem. Obok tronu paliły się
dwie czary z ogniem. Paliły się na tyle słabo, że przy rozmiarach
pomieszczenia, jego ogrzanie zajęłoby jakiś miesiąc. Na ich widok, król poczuł
irytacje, ożywił się jednak gdy zobaczył, że na tronie ktoś siedzi. Był to jego
gość, król pasterzy.
Człowiek ten był wysoki i bardzo szczupły. W
pierwszej chwili można by pomyśleć, że to widziadło, leśny dziad, albo zjawa,
które można niegdyś było spotkać w północnych lasach, jak mawiały stare mamki.
Ubrany był niedbale, jak większość pasterzy. Niebieskie, bawełniane spodnie
pokrywała do połowy lniana koszula, dość mocno rozwiązana u szyi, przepasana
skórzanym pasem bez klamry. Na ramiona zarzuconą miał wełnianą kamizelkę.
Wąską twarz otaczały dwa plecione warkocze białych
włosów, osuwająca się dalej na piersi i kończące w okolicach pasa. Przywódca
pasterzy był stary, co nietrudno było rozpoznać. Nawet gdyby stracił bujną
czuprynę, o jego wieku poświadczyłyby głębokie bruzdy zmarszczek przecinające
jego twarz. Oczy miał ostre, nienaturalnie błękitne i choć obwisłe powieki
osuwające się mozolnie, próbowały zakryć je na wieczność, wzrok miał wciąż
przenikliwy. Mogłoby się zdawać, że wzrok ten rozrywa skórę i kości, rozcinając
człowieka i wwierca się w jego duszę.
Nie był królem takim jak Uthelion, nigdy nie nosił
szat i nie dawał rozkazów ludziom. Wypasał owce i sam zeskrobywał z butów
gówno. Żył jak każdy inny członek jego ludu. Był jednak na tyle bystry, że inni
pasterze radzili się go w potrzebie. Gdy przybył szary lud, wybrano go jako
pośrednika, a kronosjanie nadali mu miano króla pasterzy, tylko trochę ironicznie.
Uthelion chciał mu wręczyć swój srebrny diadem, ale ten nie chciał go przyjąć.
Wziął za to jedno z wioseł ze statków kronosjan i z niego wyciosał sobie laskę.
Drewno to było jasne, prawie mlecznobiałe i głównie to wyróżniało go wśród jego
ludu.
Siedział teraz z tą laską, opartą o ramie, na
tronie władcy swojego kraju, jak gdyby nigdy nic. Nadchodzącego Utheliona
przywitał znudzonym spojrzeniem, wymamrotał jakieś pozdrowienie i schylił
głowę.
- Wygodne miejsce, nieprawdaż? - zagadnął go
Uthelion.
- Nogi mnie ścierpły, to żem usiadł, ale ten fotel
też niewygodny, mógłby sobie wasza, skórki nakupić owczej i wyścielić, to by od
razu cieplej pod siedzeniem było - pasterz nigdy nie używał pełnego tytułu
wasza wysokość, był dla niego za długi i zbyt patetyczny, samo zaś słowo pan w
ichniejszej mowie było mało grzeczne i starał się go nie używać, o ile się nie
zapomniał.
- Widzi wasza, akurat sąsiad zabił dwa młode
baranki, to by było skórki jak znalazł. Wasza zajdzie potem, pogadam ze nim, to
da waszej dobrą cenę.
- Dziękuję Wahren - uśmiechnął się krzywo Uthelion
- mógłbyś zwolnić moje miejsce?
- Ano mogę - odparł - alem długo musiał czekać, to
mi i nogi zdrętwiały. Teraz jako wstanę, to muszę je trochę rozchodzić, bo z
tego zimna już w kolanach łupie. Co by to, materiał na komin nie dotarł? Dwóch
chłopa posłałem przecież z tydzień temu, zaraz jakeśmy się ostatnio spotkali.
- Dotarł, ale użyto go do naprawy kolejnych domów
w mieście. Wiele rodzin nadal łata ściany słomą i gliną, a idą deszcze. Nie
przetrwają zimy, jeżeli nie będą mieli schronienia.
- Gliny i słomy my sami używamy i jakoś żyjem. A
cegły były akurat, com sam sprowadzał, jeszcze za dzieciaka, z doliny, teraz to
ze zatoki... Tak czyli owak, domy niech se waszej ludzie łatają czym tam mogą,
jak zima przyjdzie, to dopiero będzie! Was tu nie było jak ostatnio przyszła.
Ano było to tak, a było inaczej jako dotychczas, wie wasza, zanim ino świat
oczadział... Tamtego to roku spadły śniegi, ale co to były za śniegi! Jako
żyje, takich em nie widział. Padało, ba... czasem tyle śniegu było, że i drzwi
ciężko było otworzyć. Ale to tak spokojnie, ino do pasa to bywało, nie więcej.
Ostatnio spadło jak do szyi, to jak z chałupy wychodziłeś, to cie widać nie
było. Między chałupami tośmy tunele pod śniegiem kopali, co by się wydostać. Te
łaty w dachach co są teraz, wcześniej ich nie było, ale jakoś wyjść z chałupy
potrzeba, heh... Jak nam stara babka spod lasu umarła, to w śniegu do wiosny
leżała, bo łopaty w ziemie nie wbijesz! Nie liczę już ile to owiec padło, a to
miasto co we nim teraz siedzicie? Jeszcze dwa roki temu całe było obrosłe
lasem, na sto metrów dokoła z każdej strony... wszyskośmy wykarczowali, ogień w
domu i w koło domu to się musiał palić cały czas, babka na ten przykład, raz
tylko zaspała i ogień zgasł jej w nocy... Akurat śnieg padał i jej się dach
oberwał, jak ją zasypało to się nie wygramoliła i się jej zmarło. Szkoda
gadać...
Uthelion patrzył na niego dziwnie, pasterz lubił
pogawędzić, ale dziś był wyjątkowo rozmowny. Staruszek kontynuował:
- Wasze chałupy lepsze, murowane, wiadomo że
lepsze. Nic im nie będzie, byle kominy miały, a większość ma, z tego com
widział przynajmniej tyle wnioskuję. Ale tu, pieca ni ma, jak śnieg przyjdzie
to otuli całą tą hale i zrobi się niezła chłodnia, to się wasza nawet na krok
tu nie zapuści... My zimna nie lubimy, ale teraz to nie zimno jeszcze, a widzę
przecież, wasza to nawet tera marznie...
- Ja... mój lud nie przywykł do zimna, przed
kataklizmem, w stolicy było znacznie cieplej.
- Ma się rozumieć, szare miasto było piękne swego
czasu, sporośmy się tam najeździli ze skórkami.
Wahren uśmiechnął się teraz dziwnie szczęśliwie,
jak na dawno zapomniane wspomnienie. Uthelion nagle pojął, że starzec zna
stolicę, o czym wcześniej nie zdarzyło mu się wspomnieć.
- Więc znasz nasz lud i kraj? Czemu wcześniej o
tym nie wspominałeś?
- Ano widzi wasza, córa moja najmłodsza, jedyna co
się uchowała żywa, syna mnie powiła! No, nie mnie rzecz jasna, temu chłopakowi
od kowala, co za niego wyszła przed rokiem, ale cieszę się, bo to pierwszy
szkrab w mojej rodzinie odkąd em ją spłodził, a to będzie ze trzydzieści
wiosen. Myślałem, że na zatracenie pójdzie, bo brzydka jak noc, ale ten chłopak
od kowala ślepy na jedno oko i lubi dobrze zjeść, a moja dobrze gotuje, to się
i zejszli, a po tym to i ja się, stary cieszę. Będzie wnuk, to będzie miał kto
i owce zapędzać, a i wiadomo, na zatracenie dobytek nie pójdzie.
- Niech wzrasta w zdrowiu! – Uthelion rzucił
okazjonalne życzenia.
- Ano dziękować, dziękować, jak się wda w ojca
będzie szeroki w barach, a jak we mnie to wysoki, tak czy tak, będzie dobrze -
zaśmiał się staruszek.
- Z tego co mówisz znasz nasz lud i kraj w którym
żyjesz.
- Ja znam, paru starych też, ale będzie z
pięćdziesiąt lat, jak się z nas nikt na północ nie zapuszczał. Był jaki nakaz
królewski czy coś, pewnego roku nas do miasta nie wpuszczono, a i dzidami
popędzono, tośmy wrócili skąd przyszli, tu na owcze wzgórza.
- Przez te wszystkie lata byliście mieszkańcami i
obywatelami Królestwa Kronosa.
- Ten kraj, cośmy go zasiedli to się owcze wzgórza
zowie, tak jest po naszych ojcach i tak pewno będzie po naszych dzieciakach.
Nie było tu nigdy królestwa, jakeśmy tu żyli w spokoju, nikt od nas nic nie
chciał, ani nic nie dawał. To ino to miasto w lesie, co w nim teraz siedzicie,
a las tośmy wycieli przeszłej zimy. Wasza wybaczy, ale jak tu zachodzili ci
woje zza Gierluśnych Wierchów, wie wasza, z południa, to nas bili i grabili a
potem, odchodzili. Nikt nam na ten czas nie pomógł, a i myśmy nic nie chcieli.
Jakeśmy tu przed wiekami przybyli, jakeśmy tu zasiedli i siedzim, sami
wszyskośmy zrobili. To pytam się waszej, jak to nasza krew tą ziemię przesiąka,
i nasz pot podlewa to, cośmy zbudowali, to czyj to jest kraj? Wasz czy li nasz?
Uthelion milczał, ale jego mina wyrażała
niezadowolenie. Staruszek Wahren kontynuował:
- Przyszliście toście przyszli, nam nic do tego.
Trzeba wam co było, tośmy dali. Nic żeśmy nie chcieli, ani to z waszego złota,
ani ze srebra. Nic nam z tego, bo i tak tam, gdzieśmy kiedyś handlowali, teraz
woda zalała. Całe pokolenia budowaliśmy sobie ten skrawek świata to i teraz
jego pilnujemy. Jakoś nas wody ominęły, paru tylko się zmarło, ale cały czas
kogoś zabiera. Co nam z tego, że mamy króla? Raz jeszcze mówię, wasza się nie
obraża... Co ma przyjść, to przyjdzie, taki człowieczy los. Ani to dobre ani
złe, po co walczyć, skoro wygrać nie można? I kto wie, czy z czego złego nie
wyjdzie w końcu co dobrego? Grunt, żeby se całego świata na plecy nie brać, bo
się człowiek w krzyżach złoży.
- Uważasz więc, że nie warto o nic walczyć? -
spytał znudzony lekko długim wywodem król.
- A pewno, bo i po co? Co ci człowiecze po
wojennych łupach, jakeś leżysz w pół przełupan... Zresztą, nasza chata skraja,
nas sprawy wielkich królów i wojen nie dotykali i pewno już ci nie będą, za co i nie warto się
gniewać, bo całościowo patrząc, źleśmy na tym nie wyjszli.
- Chyba lubiłem cię Wahren bardziej, jak byłeś
mniej gadatliwy.
- Spokojna waszej głowa, dziś jest wyjątkowy
dzień, tom już poświętował, a i jeszcze bradziażyć się będę. Ale iść mnie
już trzeba, mus jest moją odwiedzić, zobaczyć szkraba - zamamrotał i dopiero
wtedy Uthelion dostrzegł, że staruszek jest trochę wstawiony.
- Dobrze, utrzymajcie dostawy skór i gliny na
stałym poziomie, rachmistrz wypłaci wam wedle umowy. Zaczniemy chyba sami
wypalać cegły. W każdym razie dziękuję za informacje o zimie. Zapraszam znowu,
chętnie dowiem się więcej o tutejszym klimacie i obyczajach - to ostatnie
powiedział tylko z grzeczności, ale Wahren chyba tego nie wyczuł i kłaniając
się lekko wstał z tronu.
- Damy radę pewnie tyle co zawsze, a może i
jeszcze z bukłaczek gorzałki dorzucę za wnuka.
- Będę wdzięczny, a twojemu wnukowi prześle
medalion z wyrytym błogosławieństwem.
Wahren raz jeszcze ukłonił się nisko podpierając
na lasce, całkiem jakby zapomniał, że już to zrobił, po czym powoli poczłapał w
stronę wyjścia z sali. Uthelion usiadł na tronie.
Na chwilę odsunął wyjście do miasta i zaczął
zastanawiać się nad tym, co powiedział mu stary pasterz. Jak wiele on sam mógł
był zrobić w związku z nadchodzącym Kataklizmem.
Gdy Królestwo Kronosu było jeszcze drugą siłą na
kontynencie, spośród całego narodu, jedynie stary król z niepokojem przyglądał
się mijającym wiekom. Dostrzegał cień, który powoli rozlewał się po wszystkich
krainach starożytnego lądu, bezszelestnie spowijając miasta i wioski. Żyjąc o
wiele dłużej niż inni mieszkańcy kontynentu, władca Kronosa obserwował jak
zmieniają się serca i dusze mieszkańców sąsiednich krain. Często samotnie
przesiadywał na tarasach wpatrując się w graniczne góry. Zdarzało mu się
wspominać, szczególnie w ostatnich latach tamtej ery, że nadciąga coś złego,
ale jego słowa nie znajdowały posłuchu.
Teraz Uthelion sam często myślał o tym, zadając
sobie w duchu pytanie, czy mógł zrobić więcej. Czy mógł zrobić cokolwiek? Skoro
z powierzchni ziemi zniknęła prawie cała zamieszkiwana przez jego lud kraina, z
jak wielką mocą musiałby się mierzyć. Jacy bogowie lub demony obrały sobie za
cel właśnie ten kawałek świata, wolny przecież od wojen, zbrodni,
niesprawiedliwości i tego wszystkiego co działo się na zachodzie, a na wieść o
czym jeżyła się skóra. Jakim grzechem zawinili kronosjanie, że spotkała ich tak
straszna kara? A może wszystko to było mrzonką? Może wszystko to działo się
spontanicznie, nie było intencji, mrocznych mocy i nienawiści? Może cała ta
katastrofa była naturalna, spowodowana zwykłym funkcjonowaniem świata, jakąś
właściwością, o której mieszkańcy Kronosa nie wiedzieli, lub której nie
potrafili przewidzieć. Może cała tragedia jego narodu była jedynie farsą ludu,
który łudził się naiwnie, że żyjąc dobrze, będzie żył szczęśliwie i nigdy nie
spotka go żadne nieszczęście.
Złe rzeczy zdarzają się przecież wszystkim. Dlaczego miałyby omijać tych dobrych, albo tych, którzy sami siebie uważają za dobrych, choć sami również zamykają się na świat i jego zepsucie, a żyją wygodnie za zamkniętymi wrotami swojego wycofanego kraiku? Może to więc zemsta za pychę i brak działania? Ale jak można zareagować na winę, o której nie ma się pojęcia? Skąd więc pomysł, że można zdziałać cokolwiek?
Przemyślenia Utheliona zostały brutalnie przerwane, gdy naraz drzwi komnaty otworzyły się z trzaskiem i do sali wpadł zdyszany goniec...
Komentarze
Prześlij komentarz