Kurhany Utheliona [3/3]

 

Kurhany Utheliona

  

[3/3]

Opowieść z początku ery Tarów,

ze zbioru Kronik Raroga, pióra Raroga

2020-2021

Poranek następnego dnia był przepiękny. Nim jeszcze wzeszło słońce, silny wschodni wiatr rozgonił chmury i mgły. Ptaki ćwierkały wesoło, gdy frasobliwy król szedł powoli ze swojej siedziby na rynek miasta. Jeszcze przed strażnicą czekała na niego gromada mieszkańców, która z każdym krokiem powiększała się o kolejne twarze. Ostatni kronosjanie przeczuwając kulminacyjny moment ich tułaczki, wiedzieli doskonale, że młody król zrobi wszystko co w jego mocy, by ocalić swoich poddanych. Pamiętając ile już dla nich zrobił, w poczuciu współczucia i wsparcia chcieli towarzyszyć mu w nadchodzącym wydarzeniu. Nikt nie myślał o ucieczce, za długo już uciekali. Zresztą, nie było dokąd… 

Uthelion szedł w czarnych, nabijanych spodniach, białej koszuli i czarnym płaszczu. Za nim giermek niósł miecz. Walka miała być bez zbroi, bez tarcz – miecz na miecz. Ostatnia bitwa między Kronosem i Krainelionem.

Gdy dotarli do rynku, żołnierze Aspos już tam stali, paląc ogniska i pochodnie. Jedli pieczoną dziczyznę, pili piwo i podśpiewywali wesoło. Nie wyglądali, aby jakkolwiek przejmował ich ten pojedynek. Pewnie nie spodziewali się, aby potrwał długo. Teren ringu był wyznaczony na koło o średnicy ośmiu metrów; obrzeża obsypane białym piaskiem. Tam, gdzie jeszcze wczoraj leżały kamienne płyty teraz była tylko ubita ziemia.

Widocznie armia z południa odsłoniła grunt w nocy – pomyślał Uthelion.

Wchodzących na plan Kronosjan zauważyli w końcu Aspos. Od razu wybuchli rykiem. Co dziwne nie wojennym, ale wesołym. Najwyraźniej cieszyła ich ta forma rozrywki. W końcu dostrzegł ich i Labdar, który czekał już lekko zniecierpliwiony ostrząc jeszcze broń.

- Spóźniłeś się – rzucił znudzonym tonem.

- Ale jestem! Tak, jak zostało ustalone… - zaczął Uthelion, ale zaraz tamten mu przerwał.

- Spóźniłeś się na śniadanie! Nie zostało wiele baraniny, tylko dziczyzna. Masz, posil się ostatni raz!

- Dziękuję, ale nie jadam przed walką.

- Dziwaczny zwyczaj, ale jak tam chcesz – zboczył się dowódca Krainarów – gorzałki pewnie też nie chcesz? Eh… jak wola mości królu…

Po tych słowach Aspos wstał, rozciągnął kark i ramiona. Jego ręce były stosunkowo długie i nad wyraz umięśnione. Szybko pochwycił swoją broń. Aspos miał topór o jednym, półokrągłym ostrzu, zdawał się wykonany z szarej stali, z pewnością był ciężki, a jego ciosów nie da się łatwo sparować. Bronią króla była długa kronosjańska szabla, wykuta z czarnego dargatu, której runy zapewniały lekkość i zwinność.

Zgodnie z prastarymi zasadami pojedynków, po jednej stronie okręgu stanęła horda Aspos z toporami, tarczami i pochodniami, po drugiej ostatni kronosjanie, w pierwszym rzędzie odgradzani przez żołnierzy Utheliona.

 

- Wstąpmy do koła i niech zaczyna się walka! – zawołał.

Uthelion przytaknął skinieniem głowy i dobył szabli. Zdecydowanie wstąpił do koła i zamachnął się parę razy. Jego przeciwnik też był już w środku i widząc to, powtórzył te same ruchy swoim toporem. Pomimo jego wagi operował nim całkiem zwinnie.

W jednej chwili zaatakował. Poderwał ostrze i robiąc kilka kroków wystrzelił z ziemi jak goryl. Zamachnął toporem i ująwszy oburącz spadł na Utheliona jak grom z jasnego nieba. Król natychmiast odskoczył, ale Krainar wyrwał topór z ziemi i zamachnął się znów długimi ramionami.

Uthelion szybko sparował cios szablą i kilka razy prześlizgnął się po ramieniu przeciwnika, ale go nie przeciął. Tamten uśmiechnął się zuchwale.

- Musisz coś wiedzieć o nas, Aspos. Pochodzimy tak od ludzi, jak od kamiennych olbrzymów. W naszych żyłach płynie ognista krew, która w kontakcie z powietrzem twardnieje jak kamień. Innymi słowy, każda rana i blizna sprawia, że jesteśmy bardziej wytrzymali! Dosłownie, co cię nie zabije, to cię wzmocni! – roześmiał się mocno rozkładając ramiona i prezentując nagi tors i ręce przeorane dziesiątkami blizn.

Uthelion pojął, że jest w tarapatach. Musi uderzać mocno, a to szybko go zmęczy, potrzebna jest strategia – kilka potężnych i dobrze wymierzonych ciosów. Przyjął postawę bojową i czekał.

Nie czekał długo, bo Krainar zaatakował prawie natychmiast. Zwarli się blisko, lepiej nie dawać Aspos pola do skoków i wymachów.

Kolejne cięcia spadały na Utheliona z góry, z lewa i z prawa. Niektóre próbował przyjąć na klingę i odeprzeć, ale siła przeciwnika była zbyt duża. Szybko poddał ten pomysł i zaczął parować, spychając ostrze i zsuwając się z jego drogi.

Cofając się coraz mocniej trafił w końcu na ścianę Aspos, którzy czerpiąc niemałą satysfakcję z pojedynku, natychmiast wepchnęli go z powrotem na ring. Potężne ostrze przeleciało mu przed twarzą, gdy w ostatniej chwili zdołał się odchylić. Tłum skandował.

Kolejny cios nadszedł równie szybko i niespodziewanie, tym razem Uthelion nie zdołał się uchylić i policzek topora trafił go w łopatkę. Kronosjanin przewrócił się, a szabla wypadła mu z dłoni. Wprawdzie nie dostał ostrzem, ale uderzenie i tak było potężne. Przez moment nie mógł złapać oddechu.      

Aspos śmiał się dziko wymachując w powietrzu toporem i rozciągając ręce. Rozweselony rzucił tylko:

- Tylko na tyle cię stać młody królu?! Nie popisujesz się jako wojownik, oj nie… Parę lat szkolenia w naszych obozach i może coś by z ciebie było, ale na razie kiepściuchno…

Po tych słowach odwrócił się i wyciągniętą ręką wycelował w Utheliona, który powoli się podnosił. Jego wyprostowane ramię nawet nie drgnęło.

- Podnieś! – rzucił srogo – i obyś miał w zanadrzu coś więcej, bo szybko pożegnasz się z życiem.

Uthelion spojrzał na niego nad sobą; w istocie wyglądał jak kamienny posąg. W pewnym momencie, gdy tamten odchylił głowę, nieco poniżej mostka jego broda odsłoniła kawałek żywej skóry nie pokrytej kamienną łupiną. To moja szansa – pomyślał Uthelion i skupił myśli by zapamiętać położenie tego miejsca.

Wyciągnął rękę i przyciągnął szablę. Z pewnym trudem podniósł się i rozciągnął. Stracił trochę sił, ale zyskał coś nowego - nadzieję.

W kolejnych atakach Krainara, starał się nie dopuszczać do kontaktu, wyślizgując się spod trajektorii topora; prawie tańcząc. Aspos źle na to reagował, z wolna stawał się nieostrożny, a jego ruchy wolniejsze i dziksze.

W pewnym momencie zamachnął się toporem zbyt mocno broń utknęła w ziemi po trzon. W pierwszej chwili nie mógł go wydobyć, w następnej Uthelion zniknął mu z pola widzenia.

- Hej, kamienny! – usłyszał nagle i pozostawiając tylko lewą dłoń na głowni, odwrócił się w prawo.

Skok Utheliona okazał się szybszy niż reakcja Krainara. Ostrze przeszyło powietrze i trafiło idealnie w wyznaczony punkt. Aspos spojrzał trochę z niedowierzaniem, na bułat tkwiący mu z torsie. Na drugim końcu szabli, z wyciągniętą dłonią stał Uthelion, oddychając ciężko. Widać było, że ten jeden atak sprawił mu sporo trudności. Nie wyglądało, żeby dał radę go powtórzyć.

Aspos spojrzał na niego z niedowierzaniem. Patrzył przez chwilę wytrzeszczając oczy, po czym wybuchnął śmiechem.

- Heh! A myślałem, że nie zdołasz mi krwi przelać! Jak ty mnie zaimponowałeś w tej chwili! Liczyłem, że masz w sobie krew twojego ojca, liczyłem, że będzie z kim walczyć!

To rzekłszy chwycił prawą, wolną dłonią broń Utheliona i z lekkim jękiem wyjął je ze z ciała; przeciwnik trzymający drugi koniec ostrza nie sprawiał trudności, mimo, że starał się trzymać miecz z całych sił.

Aspos odciągnął szablę i spojrzał na zakrwawiony koniec. Krwista plama mierzyła zaledwie kilka centymetrów.

- Eh… powierzchowna rana. Starałeś się młody królu, przyznaję, że technicznie cios wyprowadziłeś całkiem dobrze, ale za mało masz siły żeby zrobić mi krzywdę. Ja natomiast z łatwością mogę złapać twoją szablę i manewrować nią, jak mi się tylko podoba. To daje pewne spojrzenie, na różnice które nas dzielą.

Aspos na moment rozluźnił uścisk; Uthelion to wyczuł i obróciwszy się, pociągnął broń zza pleców, oburącz, z całej siły. Dargatowa brzytwa prześlizgnęła się po miękkiej skórze dłoni Krainara, który zawył dziko, gdy ostrze przecięło mu śródręcze.

Uthelion odwrócił się do niego, zamachnął parę razy i wycelował szablą w przeciwnika, jak tamten toporem na początku walki.

Aspos nic już nie odpowiedział, zawył tylko dziko i lewą ręką wyrwał topór, którego nie mógł wydobyć wcześniej obiema. Ruszył szarżą. Ciosy topora stały się szybsze i mocniejsze. Uthelion coraz częściej musiał je parować, zrobiło się za gęsto.

Zamach, parada, odbicie. Kolejny cios, rąbnięcie, zasłona. Król nie miał jak zadawać pchnięć, nie miał jak ciąć, całą uwagę i energię poświęcał na unikanie szału przeciwnika.

Jasne słońce świeciło już na wschodzie, wkradając się na rynek. W jednej chwili na moment go oślepiło. Aspos zakleszczył topól o szablę i mocnym szarpnięciem wyrwał ją z ręki Utheliona. Zabije mnie – pomyślał w sekundzie Uthelion; lecz Aspos odrzucił topór i natarł na Kronosjanina z gołymi pięściami. Tamten zakrył szybko twarz rękami. Osłonił się przed prawym ciosem, uchylił przed lewym…

 Potężny cios trafił go od dołu w szczękę. Nagle cały świat zredukował się do drętwiejącej twarzy. Szum w uszach odgrodził go od przeciwnika. Zatoczył się i padł na grunt. Labdar zawył dziko w jego stronę, odwrócił się i wyciągnął ręce w górę. Tłum Aspos wiwatował na cześć swojego dowódcy, na pohybel kronosjanina. Lud Utheliona milczał; niektóre kobiety łkały.

 

Uthelion otworzył oczy. Znów leżał w swojej komnacie w królewskim pałacu w Lukronie. Podniósł się szybko na łokciach. Na brzegu jego łóżka siedział stary król.

- Jakiż to cień spowił smutkiem twe serce, mój synu? – zapytał.

Uthelion opadł na łóżko.

- To nasz kraj ojcze. Aspos... Nie uda mi się go pokonać. Nasz lud… wymiera… Nie wiem co robić, nie mam siły, środków; brak mi mądrości… Nie doszłoby do tego, gdybyś wciąż był tu z nami. Gdybyś tylko był z nami…

- Mój drogi synu… Moja śmierć nic tutaj nie znaczy, mój czas i tak dobiegał już końca. Pewnie i tak nie dożyłbym tej chwili, wiesz o tym. Nasz lud, o który tak się martwisz miał wspaniałe życie, które staraliśmy się mu zapewnić. Nasza historia jest wspaniała, a nasze dziedzictwo wielkie. Z pewnością wpłynęliśmy na losy świata, tak… Ale wiesz dobrze, że tak jak każda opowieść, również i nasza historia musi w końcu dobrnąć do swojego końca. Nie pytasz wiatru skąd i dokąd wieje, ale cieszysz się nim, gdy przynosi ci ulgę w upalny dzień, uciekasz, gdy przynosi ci deszcz, a kiedy już zniknie wciąż o nim pamiętasz. Każdy kto się rodzi, musi w końcu umrzeć. Każda historia dobiega swego końca; wieczne trwanie w tym świecie byłoby nie do zniesienia. A jeśli nasze nadzieje nie okażą się płonne, nawet śmierć nie stanie się dla nas końcem.

- Co zatem powinienem zrobić?

- Walcz. Walcz, aż do kresu swych sił, zrób wszystko, co w twojej mocy, a potem jeszcze trochę. Gdy zrobisz już wszystko, po prostu poddaj się losowi, czy też opatrzności i niej wiarę, że twój wysiłek nie pójdzie na marne. Nie tylko ty walczysz, nie tylko na twoich barkach złożony jest los świata, choć czasem, może ci się tak zdawać. Jak liść, który rośnie, dojrzewa i pracuje dla drzewa, jak liść, który usycha, daje się ponieść wiatrowi i opada, aby odpocząć. Słowem, zrób co w twojej mocy i spraw, aby twoja historia była warta zapamiętania.

- Ojcze… - zaczął niepewnie Uthelion.

- Tak mój synu?

- Czy to sen? Miraż, czy to naprawdę ty?

Stary król uśmiechnął się z taką miłością, jak jeszcze nigdy dotąd.

- Miej wiarę mój synu – powiedział, po czym położył dłoń na prawym policzku Utheliona.

 

Dojmujący ból natychmiast przeszył jego szczękę, zakaszlał i otworzył oczy; znów był na placu. Podniósł się niezgrabnie; podpierając się na łokciach i kolanach wyglądał raczej jak żebrak, niż król.

Gdy Aspos zobaczył, że odzyskał świadomość, podniósł swój topór i zamachnął nim w powietrzu, śmiejąc się dziko przeszedł przed linią Kronosjan.

- To jest wasz król! Cała wasza nadzieja i moc w tym zdewastowanym ciele! Takiego króla chcecie?! Jak ktoś taki może być waszym królem?! Ten robak?! Ten pies?!!

Horda Krainarów rechotała i wyklinała kronosjan, ale Uthelion nie zwracał na nich uwagi. Bił się właśnie z myślami, pytając sam siebie, czy wolno mu zrobić ten jeden krok. Patrzył na swoje pokaleczone ręce, gdy po twarzy spłynęła mu stróżka krwi. Zagryzł rozciętą wargę i splunął krwią. Zamoczył w niej kciuk prawej dłoni i zaczął kreślić znaki na lewym przedramieniu.

 

Aspos miał już widocznie dość zabawy. Spuścił ramiona i rozciągnął się jak na początku, przed pierwszym atakiem.

- Czas kończyć te zabawy młody królu! Gotuj się na ostateczny cios!

Odwrócił się i znów na jego twarzy pojawiło się zdziwienie. Spodziewał się ujrzeć Utheliona leżącego albo podnoszącego się niezgrabnie. W zamian za to ujrzał Utheliona stojącego prosto, jakby większego i potężniejszego. Jego mięśnie zdawały się większe, otarcia i rany zabliźnione, a oddech spokojny. W prawej dłoni trzymał miecz; lewa, zaciśnięta w pięść była kompletnie czarna, aż do przedramienia, podobnie jak jego oczy.

- A jednak udało ci się wstać! Winszuję, ale mierzwi mnie już ten pojedynek!

- Stawaj – odparł krótko Uthelion.

Aspos tylko na to czekał, zrobił kilka kroków i znów wystrzelił w potężnym doskoku. Ujął topór oburącz, za głową, by spaść jak grom, na przeciwnika, który do tej pory nie wykonał żadnego ruchu.

Na moment przed starciem, Uthelion zamachnął się lewą ręką i czarna pięść wystrzeliła na spotkanie topora.

 

Na placu zaległa cisza.

 

W momencie starcia, gdy tylko ciężki topór napotkał czarną pięść, pękł długą rysą przez całą długość ostrza, aż do obucha. Wszyscy zamarli, a Uthelion powtórzył cios i tym razem topór rozpadł się na kawałki.

- Skubańcu! – uśmiechnął się Aspos – jak do stu diabłów skruszyłeś hartowaną stal dargatową?

Uthelion nie odrzekł, jego oczy płonęły szałem bojowym, sam pozostawał spokojny.

Aspos natychmiast pozbierał myśli i przeszedł do walki wręcz. Ciosy potężnych ramion były blokowane przez zadziwiająco szybką czarną rękę. Sam jednak musiał unikać ciosów, które przypominały uderzenia góry i cięć, szybkich jak wiatr. Powoli zdawał sobie sprawę, że jego pozycja staje się w tej walce niepewna. No nieźle – pomyślał - jednak ma w sobie ojcowską ikrę.

Szybko jednak był zmuszony porzucić myśli, bo kolejne ciosy zaczęły go dopadać. W pewnym momencie odsłonił się na chwilę i otrzymał potężne uderzenie w szczękę, takie same jak sam zadał kilkanaście minut temu. Dało się słyszeć trzask pękających kości. Ogłuszony nieco padł na kolana podpierając się ramionami. Z usta lała mu się krew i oddychał ciężko.

Uthelion nie czekał, zamachnął się i podchodząc bliżej, pchnął Krainara pod mostek, w miejsce, gdzie wcześniej zdołał już zadać cios. Tym razem ostrze przeszło na wylot. Zdecydowanym ruchem wyszarpnął ostrze; Aspos zakrztusił się krwią.

- No, jednak myliłem się co do ciebie młody królu – rzekł po chwili ciężko. – Daj mi ten zaszczyt i odbierz mi życie z honorem; niech moi przodkowie powitają mnie w Pałacach Niebiańskich Gór!

Uthelion stał bez słowa. Powoli podniósł miecz, wymierzając trajektorie cięcia. Aspos odchylił głowę.

 

Z północy, od strony morza, rozległ się melodyjny dźwięk rogu.

- Velisianie! – zakrzyknął ktoś w oddali.

- Velisianie – wyszeptał Uthelion. Znów miał swoje dawne, błękitne oczy.

 

Aspos czekał z rozłożonymi rękoma i odchyloną głową. Czekał szepcząc modlitwy, na ostatni cios, który uwolni go od zniszczonego ciała i otworzy drogę do wieczystej biesiady.

Ostrze opadło i zaryło w ziemi.

Aspos otworzył oczy. Przez moment nie rozumiał co się stało. Czyżby już? Bezbolesna śmierć i jest w kolejnym świecie? Ale nadal czuł rany, nic się nie zmieniło, przed nim stał Uthelion, a jego miecz kawałek dalej wbity w ziemię.

- Daruję ci życie! Możesz wrócić do swojego pana albo zostać tutaj, jeśli obawiasz się jego zemsty.

- Nie… Nic nie rozumiesz… Ty ignorancki dzieciaku! Pokonałeś mnie w uczciwej walce na śmierć i życie, po czym odmówiłeś mi tego co obiecałeś. Złamałeś słowo i odebrałeś mi możliwość kolejnego życia!

- Bez honoru… Hańba… Bez honoru – odezwały się stłumione szepty i burczenia.

Aspos bez wahania złapał jeden z odłamków topora.

- Cokolwiek robisz, ponoś konsekwencje. Inaczej będzie musiał to zrobić ktoś inny…

Po tych słowach zacisnął usta i nie odrywając wzroku od Utheliona podciął sobie gardło. Przez chwilę dusił się jeszcze krwią, nie oderwał wzroku od młodego króla, po czym opadł i umarł.

Uthelion stał zszokowany, podobnie jak inni Kronosjanie. Jeden ze starszych Aspos, wyższy rangą podszedł do niego i rzekł:

- Postawił swoje życie w tym okręgu, jak ty. Zgodziliście się, że tylko jeden wyjdzie z niego żywy. Ty natomiast pozbawiłeś go honoru; stosu pogrzebowego i grobowca wśród dolin Gierluśnych Wierchów. Wprawdzie przez swój ostatni czyn ocalił honor, ale nie zostanie pochowany. Nie będzie miał grobowca, jego kości wybieleją na słońcu. Wygrałeś królu, ciesz się zatem swoją wolnością, jak potrafisz najlepiej.

Starszy Aspos skłonił się ponuro i powoli odszedł w kierunku bram miasta. Inni powoli ruszyli za nim. Uthelion długo jeszcze stał i patrzył na stygnące ciało swojego przeciwnika.

 

Kronosjanie rozeszli się do swoich domów i prac, tego dnia omijali jednak rynek i plac, na którym rozegrała się walka.

Około południa, Uthelion siedział na ławce pod jednym z domów przy rynku. Pozwolił medykom opatrzyć swoje rany, ale nie chciał się stąd ruszać, wydał też rozkazy, aby mu nie przeszkadzano.

 

- Królowanie ci nie służy mój panie – odezwał się nagle kobiecy głos.

Uthelion uśmiechnął się lekko i spojrzał na właścicielkę głosu.

Była to młoda kobieta, wysoka i szczupła, o kasztanowych włosach i urodzie jakiej próżno szukać u ludzkich córek. Velisianka, bo z tej rasy pochodziła kobieta, miała drobne rysy twarzy, dostojne i urocze zarazem, szmaragdowo zielone oczy i nieco długie, spiczaste uszy. 

- Nar Velis, nie masz pojęcia jak twój widok mnie cieszy przyjaciółko…

- Jestem już tylko przyjaciółką?

- Nar… Myślałem, że ciebie też straciłem, jak ojca, matkę, siostrę… jak cały mój kraj i lud…

- Nie straciłeś jeszcze całego ludu. Wciąż żyje tu trochę kronosjan.

- Toczy nas choroba, odkąd opuściliśmy Lukron. Nar, nie będzie już nowych kronosjan. Jesteśmy ostatnim pokoleniem, a ja ostatnim władcą Kronosa.

- Twój kraj został zniszczony, ale możesz przenieść się na wschód, do kraju Velisian. Mój ojciec nada ci ziemię, będziemy tam żyć razem…

- Wczoraj dostałem podobną propozycję – Uthelion uśmiechnął się gorzko – ale nie mogłem skorzystać. Walczyłem dziś z Aspos, hardy i dziki lud, ale potężnych ma wojowników. Spójrz co musiałem poświęcić.

Uthelion podniósł zaciśniętą lewą dłoń. Cała pięść i większość przedramienia, były teraz z czarnego kryształu. Nar Velis spojrzała na niego i zaczęła niepewnie:

- Czy to…

- Klątwa Czarnego Serca… - zaczął powoli, ciężko. – Pisałem w pośpiechu, krwią na skórze, więc działanie jest słabsze; poza tym na ramieniu, nie na sercu. Raczej nie oszaleje, nie sądzę też, by zawładnęła mną rządza krwi, ale lepiej, jeśli będę unikał otwartej walki. Mój przeciwnik leży tam, na placu. Ostatecznie okazał się bardziej honorowy niż ja. Usypię mu kurhan, tyle mogę zrobić. Kurhany Utheliona… obawiam się, że sporo ich jeszcze powstanie… Naprawdę chciałbym z tobą odpłynąć, ale ja i mój lud jesteśmy strażnikiem starożytnej i potężnej mocy. Tutaj żyliśmy od wieków i tu była bezpieczna. Nie wiem, czy w jakimkolwiek innym miejscu też by tak było…

- Jeśli zostajesz to ja zostanę z tobą.

- Nar…

- W końcu i tak mieliśmy połączyć nasze rody.

Nar Velis wstała i zaczęła oficjalnie:

- Wasza wysokość, czy zechcesz przyjąć usługi moje i moich ludzi w obronie twojego państwa i jego ludu? Zgodzisz się mój miły?

Uthelion uśmiechnął się, prawdziwie szczęśliwy. Po raz pierwszy od kilku lat. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Kurhany Utheliona [1/3]

Zmierzch Straży