Zmierzch Straży
Zmierzch Straży
Legenda Garteliańska
Gdziekolwiek by się nie udał, ona podążała za nim. Zimna, pełna gniewu i pokory – Sprawiedliwość. Razem ze swą towarzyszką Śmiercią i bratem Pokutą, przemierzał lądy i oceany. Kogokolwiek by nie spotkał, oceniał. Osąd moralny; dobro – zło. Dwie siły kształtujące świat, tak stare jak on sam.
Kiedy setki wieków wcześniej powstał prastary świat, jeden z wielu, przestrzennych i płaskich, od razu pojawiło się tam zło. Posłano tam więc grupę mądrych i dobrych istot by pokonały zło i zakuły je w kajdany zapomnienia, tak głęboko, by nikt nie dosłyszał jego ryku. Wówczas powołano zakon mścicieli. Potężne istoty wykonały swoje zadanie i musiały liczyć się z odejściem do innego miejsca. Nie chciały jednak zostawiać młodego świata samemu sobie. Dały więc początek Strażnikom. Ludowi złożonemu z istot potężnych i pozbawionych emocji.
Przez wieki Strażnicy walczyli i ginęli w imię swoich ideałów, by nie dać złu ponownie dojść do głosu. Tak odchodzili wszyscy, aż pozostał ostatni. Obserwując mijające wieki, mściciel przewidywał, że i jego czas mija. Wybrał dla siebie ostatnie zadanie. Bez Strażników młody wciąż jeszcze świat, zostałby wystawiony na działanie sił zła, i w krótkim czasie spaczony w mroczne odbicie samego siebie. Wojownik sprawiedliwości postanowił stworzyć nowe pokolenie Strażników, toczących bój w nieustannej walce ze złem.
Ostatni Strażnik jechał na białym koniu brzegiem morza. Obok niego w dół spadał klif, oddzielając go od bezmiaru wód. Gwiazdy świeciły jasno, jaśniej niż zazwyczaj; księżyc był w pełni. Wojownik odziany był w piękną zbroję z białej stali, okutej na brzegach złotem. Nagolenniki i karwasze miał długie, wychodzące poza stawy. Nabiodrki i opachy były do nich doskonale dopasowane, nie pozostawiając nawet milimetra skóry. Na nogach miał wysokie kozaki z cholewą skręconą w dół, podobnie rękawice, sięgające daleko za nadgarstek. Głowę osłaniał mu hełm z wysokimi ozdobami w miejscu uszu, stylizowanymi na orle skrzydła; twarz srebrna maska, odsłaniającą tylko oczy, żarzące chłodnym, białawym blaskiem. Przy boku, u pasa uwiązany miał długi, prosty miecz, stanowiący mu jedynego druha. Zarzucona na plecy biała peleryna lśniła w blasku księżyca, miotana porywistym wiatrem.
Na imię miał Hagligal, a przynajmniej tak nazywano go w czasach, gdy jeszcze ktokolwiek zwracał się doń po imieniu. Dla współczesnych mu ludzi, znany był pod imionami: Mściciel, Białe Widmo, Widmowy Jeździec. Wzbudzał wśród nich niepokój, lęk, a niekiedy nawet nienawiść. Nikt z nich nie wiedział, że bez jego poświęceń nie żyłby teraz wolny.
Hagligal mknął teraz na swym rączym rumaku, niczym cień, próbujący dogonić promień słońca, który go rzuca. Bez wytchnienia, z dziką energią w spojrzeniu. Piana buchnęła z końskiego pyska. Strażnik mimo to zacinał ostrogami.
Ktokolwiek zobaczyłby go w tej chwili musiałby pomyśleć, iż to demon lub półbóg, błądzi po świecie, szukając zemsty i choć zna swoich nieprzyjaciół, nie może oderwać się od ziemi, by wzlecieć i odebrać swą sprawiedliwość.
W końcu ujrzał swój cel. Małą szalupę na horyzoncie. Szybko spiął konia i ryzykując skręcenie karku, natychmiast puścił się ku wąskiej ścieżce, kilka metrów dalej, w dół klifu.
Wiele lat próbował zgromadzić odpowiednich wojowników, którzy jak on, gotowi byliby oddać całe swoje życie i dusze walce z mrokiem którego ostatecznie nie sposób zwyciężyć. Minęło wiele czasu, wiele nieudanych prób i wojen, w których niejednokrotnie musiał unicestwiać niedawnych uczniów i przyjaciół. Moc, jaką chciał ich obdarzyć, była wielka, wystarczająca do podporządkowania sobie znanych ziemi. Lecz Strażnikom nie wolno było jej używać dla własnych celów. Władza wypacza umysły i sumienia, a władza absolutna robi to absolutnie. Tylko wielka ofiara z własnego życia, jaką było wyzbycie się jakichkolwiek pragnień i ambicji pozwalała stawić czoła tej potędze. Wszak cóż może ofiarować ci świat, gdy dla świata tego wyrzekasz się samego siebie?
W końcu, po kilku wiekach, gdy Hagligal zaczynał już wątpić, odnalazł młodego wojownika, który określił się, jako Wygnaniec. W swoim krótkim życiu wiele przeszedł i wielkie potęgi wiele mu odebrały. Mimo to, nie szukał zemsty, gdyż doskonale rozumiał, że zabijając mordercę zwyczajnie zajmie jego miejsce.
Wygnaniec został nauczony władania mieczem i włócznią, Hagligal przekazał mu również część swej mocy. Wiele dni uczył go posługiwania się nią i kontrolowania własnych pragnień. W tamtym czasie, udało mu się odnaleźć kilkunastu innych, podobnych rekrutów, jednak nadal największe nadzieje budziły się weń na myśl o młodym uczniu, któremu nadał nowe imię, Ainer.
Ainer uczył się szybko, jednak coraz mniej czasu poświęcał na trening. Bardziej fascynował go piękny i wielki świat, który ujrzał po raz pierwszy podczas podróży z Hagligalem. Coraz mniej cieszył się z perspektywy rychłego dołączenia do wielkich, ponurych Strażników, którzy nie znają życia poza służbą. Kamiennych posągów niosących żelazne ramię sprawiedliwości. Wiedział, że nie wolno mu tego odrzucać, szczególnie gdy jego trening prawie się zakończył i zaczął przygotowania do pasowania na Strażnika. Widział też, jak wielkie nadzieje pokłada w nim jego mistrz; za nic w świecie nie chciał go rozczarować.
Po jakimś czasie zawędrował do wielkich bibliotek na północy, gdzie rozpoczął studia nad historią Straży i natknął się na opis zdrady. Młode serce, ciekawe świata nie zdawało sobie sprawy z niebezpieczeństwa słów, które poznawało. Księgi mówiły o potężnym wodzu, który przystąpiwszy do strażników zapragnął całej ich mocy. Po krótkim czasie, wódz uzyskał ją i na jeszcze krótszą chwilę stał się najpotężniejszą istotą, stąpającą po ziemi. W końcu został odnaleziony i zgładzony przez pozostałych Strażników. Ale ich już nie było...
Trudno powiedzieć, czy ze względu na młodzieńczą ciekawość, czy na wspaniałość słów, którymi był opisany, Ainer żywił coraz większą sympatię do tajemniczego wodza. Udało mu się nawet odnaleźć fragmenty jego dziennika, w którym zapisana była ścieżka do osiągnięcia przez Strażnika pełni mocy...
Hagligal spiął konia, przeskoczył mały wąwóz i powoli sprowadził go na dół. Ścieżka była wąska, kamienna; prowadząca do niewielkiej plaży. Gdy dotarł na dół, zsiadł z konia, ściągnął mu siodło i wodze. Przekazawszy ciche błogosławieństwo, puścił zwierzę wolno. Domyślał się, że nie będzie mu już potrzebne; koń puścił się galopem wzdłuż plaży.
Wojownik został sam. Znowu. Można by rzec, że lubił samotność, ale nie było to upodobanie z wyboru. Długie lata spędził wśród przyjaciół, ale od kilku wieków pozostawał sam. Długowieczność, nie oznacza nieśmiertelności, ale Hagligal, jakimś cudem, wychodził z każdej opresji, stając się za każdym razem coraz silniejszy. Mogłoby się wydawać, że ten mityczny wojownik jest już marą - duchem, który bez śmierci utracił swoją materialność, jednak Hagligal żył. I właśnie życie było dla niego największym cierpieniem.
Stojąc samotnie na plaży odpiął pelerynę, rzucił ją na skały; stanął spokojnie, wyprostowany, w lekkim rozkroku. Sprawdził hełm i pas. Wreszcie dobył broni i skamieniał ze spuszczonym na piasek ostrzem.
Jego myśli powróciły do Ainera. Młody wojownik robił coraz większe postępy w treningu, również jego moc wzrastała. Hagligal dostrzegł to, lecz przypisywał raczej talentowi ucznia niż mrocznym pobudkom. Samotność odcisnęła na nim swoje piętno. Potężny mur, który odgradzał jego świadomość od emocji, powoli zaczynał kruszeć. Mimo to, nadal uważał się za pozbawionego uczuć. Powoli, bardzo powoli zaczynał jednak dostrzegać więcej niż powinien był. W swoich przeciwnikach zauważać teraz ludzi i inne istoty, nie tylko narzędzia w rękach wielkiego zła. Jednocześnie dało mu to możliwość dostrzeżenia Ainera i innych rekrutów; odebrało jednak umiejętność obiektywnego oceniania i dostrzegania błędów podopiecznych, szczególnie w stosunku do pierwszego. Hagligal zbyt mocno wierzył w niego, zbyt mocno chciał wierzyć. Nie zauważał, jak szybko rośnie jego moc, pomimo ograniczeniu treningów.
W końcu nadszedł czas pasowania nowych Strażników. Hagligal zgromadził ich w Gildii Straży, na dalekiej północy, daleko za Estbangiem. Był to wielki pałac wykonany z białego marmuru, o diamentowych oknach oraz srebrnych dachach i iglicach. Miejsce to było tak piękne i czyste, że nikt, kto nie znał jego mieszkańców, nie przypisałby jego posiadania Zakonowi Strażników, krwawych mścicieli walczących i unicestwiających w imię najwyższego dobra.
Pasowanie odbywało się starym zwyczajem, w centralnej sali. Była to spora komnata o kształcie okręgu. Środkową część stanowiła mozaika niezwykle drobnych kamieni szlachetnych, przedstawiająca Strażników, kroczących na wojnę. Podporę sklepienia stanowiło sześć kolumn, stylizowanych na posągi dawnych przywódców Straży. Między nimi wznosiły się wysokie okna, zakończone łukami, ozdobione na rogach witrażami. Pod nimi stały siedemdziesiąt dwa trony, wykonane ze złota i białej stali, dawne miejsca spoczynku Strażników. Na każdym wyryte było imię właściciela i sentencja, którą kierował się podczas wypełniania swego powołania.
Kiedy Hagligal przekazywał Ainerowi moc Strażnika, tamten dokonał zdrady. Zabił przebywających tam rekrutów i odebrawszy ich moce, zainicjował zniszczenie Gildii, po czym zbiegł. Hagligal zaczął go ścigać, lecz już w tamtym momencie nie był pewien, czy będzie umiał go zabić.
Ainer uciekł łodzią, a Hagligal wyruszył lądem, jadąc na białym wierzchowcu. W końcu, kiedy dostrzegł szalupę swego ucznia, zjechał na plażę, puścił konia wolno i przygotował się do walki.
Łódź przybiła do brzegu; fale jakby ustały, powietrze przepełnił chłód. Z szalupy wyłoniła się stopa, w wielkim kozaku, okutym czarną stalą i nabijanym ćwiekami. Za nią, z mroku, wyszła postać postawnego, chodź młodego wojownika. Jego zbroja podobna była do tej Hagligala, lecz była czarna, nabijana kolcami i zbrukana smugami krwi. Twarz wojownika zdobiła czarna maska, z uwypuklonymi brwiami, policzkami i podbródkiem. Ze szczelin zbroi i z oczu wydobywały się płomienie czerwonej esencji.
- Błogosławieństwo Światłości niech słynie na twoje lica! – rzekł przybyły wykonując ironicznie lekki ukłon – Mój mistrzu... Nie sądziłem, że ruszysz za mną. Miałem nawet nadzieję, że oszczędzisz mi tego spotkania.
- Mój uczniu – odparł Hagligal – odrzuć mrok, wróć ze mną do Gildii. Wówczas przebaczę ci zdradę i zaczniemy odbudowywać nasz zakon raz jeszcze.
Ainer spojrzał na niego drwiąco, po czym rzekł:
- Jesteś słaby, stary głupcze! Patrzyłeś na mnie, ale nie dostrzegałeś mnie, jako mnie! Byłem dla ciebie jedynie narzędziem, dla spokoju sumienia, niczym więcej niż miecz który wieszasz u pasa...
Odziany w białą zbroję wojownik stał spokojnie, drugi kontynuował:
- Pokazałeś mi wielki i potężny świat, bym wiedział, że dla twoich śmiesznych idei, dla których poświęciłeś życie wieczne, będę musiał wyrzec się go na zawsze! Chciałeś bym walczył ze złem! Bym stał się bezmyślnym, pozbawionym emocji katem, którego zapłatą jest nienawiść innych i wiekuista samotność! Lepiej byłby, gdybyś mnie wtedy zabił!
- Ainer... – zaczął Strażnik.
- Nawet imię dałeś mi nowe! – parsknął śmiechem czarno-zbrojny – ale wiedz, że ja byłem Wygnańcem, a stałem się Najwyższym! Posiadłem moc większą niż ty, niż wszyscy Strażnicy razem wzięci! To ty odebrałeś mi tyle lat! Tyle nadziei! Tyle potęgi!
- Ale wiesz co - zaczął znów powoli - nic mi nie da twoja śmierć. W końcu to dzięki tobie zdobyłem tą moc... Dam ci więc jedną szansę, zejdź mi z drogi, a oszczędzę twoje zmarnowane życie. Rób z nim co chcesz, skorzystaj z tego co masz, albo zakładaj sobie kolejną Straż, nie obchodzi mnie to. Nic dla mnie nie znaczysz...
- Wiesz, że nie mogę tego zrobić. Jako Strażnik, zawsze będę stał w tym miejscu. Tak, to zawsze było moje miejsce: między tobą, a światem.
- No to zginiesz, mój mistrzu - odparł cicho. Z pochwy na plecach wyjął szeroki, zębaty miecz. W jego dłoni zapłonął on krwawym ogniem.
Ainer ruszył jak grom. Uderzył z prawej, potem z lewej. Hagligal odbił oba ciosy. Szybki zwrot; Wygnaniec ciął dołem. Stary Strażnik uchylił się, kontratakował. Pchnął mieczem prosto i minąwszy ostrze ucznia, przebił mu naramiennik. Ainer syknął; odstąpił kroku. Jego oczy zapłonęły krwawo. Rzucił się z furią na przeciwnika. Wykonał serię szybkich ciosów, puścił broń jedną ręką, dobył sztyletu i trafił udo Strażnika. Potężny pancerz poddał się ciosowi i ostrze przebiło skórę. Biały wojownik odstąpił. Teraz i jego ostrze zajaśniało błękitną esencją. Ciął w powietrzu, niezwykle szybko i mocno. Ciosy energii przecięły przestrzeń i uderzyły w Ainera, który stracił na moment równowagę. Hagligal doskoczył do niego i zaatakował. Pchnięcie w tors zostało odbite, kolejne też. Strażnik potknął się; Wygnaniec przyłożył mu dłoń do piersi - potężne wyładowanie energii przeszyło trzewia Hagligala, który upadł na kolana. Kilka kolejnych ciosów ledwo zdołał zepchnąć; nie miał siły ich odeprzeć. Jakimś cudem zdołał wstać, leż teraz mógł się tylko cofać. Coraz bardziej i bardziej, aż za jego plecami wyrosła ściana klifu. Obaj byli zmęczeni, obaj naładowali bronie energię i zamierzali dokonać dzieła jednym uderzeniem.
Tak starły się dwa ostrza, tworząc falę uderzeniową, która odrzuciła obu wojowników. Powietrze przeszył grom, gdy Ainer został odrzucony na piasek kilka metrów dalej, Hagligal zderzył się ze skało, na moment tracąc przytomność.
Gdy stary otrząsnął się, otworzył oczy i ujrzał Ainera kroczącego ku niemu. Z niemałym wysiłkiem udało mu się wstać i podnieść miecz. Jego rasa posiadała ogromne możliwości regeneracji, ale to wymagało czasu. Tymczasem Wygnaniec dotarł już do niego i zaatakował. Ciął prosto, potem pchnął z lewej i znowu ciął, tym razem po prawej. Hagligal odbijał ciosy z trudem; stało się jasne, że nie potrwa to już długo. Ainer był młody, pełen energii i potężnej mocy którą skradł Straży.
W końcu czarny wojownik wytrącił ostrze z rąk białego. Strażnik rozpostarł ręce na skale, o którą opierał się, czekając na ostateczny cios. Wygnaniec pchnął go pod mostek. Miecz przebił nawet skałę, rozpościerającą się za nim. Z ust Hagligala buchnęła krew. Zdał sobie sprawę, że to już koniec. Tymczasem czarny wojownik puścił broń i stojąc w miejscu westchnął ciężko. Podniósłszy wzrok, raz jeszcze spojrzał w oczy mistrza. Potem odwróciwszy się, powoli zmierzając do łodzi. Wiedział, że Hagligal może się zregenerować, ale w rzeczywistości nie życzył mu śmierci.
Nim pokonał pół drogi do brzegu, usłyszał jak ostrze opuszcza skałę. Odwrócił się z niezrozumieniem i poczuł, jak ciśnięta potężnym ramieniem, broń przebija jego ciało. W jednej chwili cała energia mroku i potęga Strażników opuściły go; krwawe płomienie zniknęły, czerwona esencja rozmyła się w powietrzu.
Silny jeszcze Ainer podszedł do Strażnika. Powoli wysączało się z niego życie, lecz nie dbał już o to. Stanąwszy metr od niedawnego nauczyciela wyciągnął z piersi miecz i rzucił go o piasek. Krew natychmiast trysnęła obficie z rany. Stary leżał pod klifem, łapiąc łapczywie powietrze, jemu też nie zostało wiele życia.
- Dlaczego stary głupcze? Zregenerowałbyś się, zebrałbyś armię, może nawet nową Straż. Mógłbyś zabić mnie jeszcze ze sto razy...
Hagligal z trudem podniósł głowę i rzekł cicho, prawie szeptem:
- We wszystkim czego cię uczyłem nie pojąłeś najważniejszej rzeczy. To musiało skończyć się tutaj, by nikt więcej nie stracił już życia. Nikt z tych, których chronię; których razem mieliśmy chronić. Całe nasze powołanie, to nie wojna idei, ale wojna o nich; tych, którzy nas nie znają, którzy nieraz lękają się nas, nieraz nas nienawidzą, ale bez naszego poświęcenia nie mogliby żyć spokojnie i bezpiecznie.
- Twoje idee aż tyle dla ciebie znaczą? Dla swoich przekonań oddajesz życie?
Hagligal skinął lekko głową.
- Moje życie nie należy do mnie; od dawna do mnie nie należało... Wyrzekłem się go gdy dołączyłem do Straży... Oddałem wszystko... Pragnienia... Nadzieje... Przyszłość... Życie...
Ainer stał przed nim starając się wyglądać godnie, ale czuł już tylko żal i gorycz. Hagligal kontynuował:
- Nie czuję co do ciebie gniewu; jedynie żal względem siebie. Nasze brzemię jest trudne, mogłem lepiej cię przygotować, lepiej poprowadzić... Za to jedno proszę cię o wybaczenie, jak i ja przebaczam tobie. Tylko tyle mogę dla ciebie jeszcze zrobić...
W tym momencie czarny wojownik westchnął po raz ostatni i było to westchnienie lżejsze niż wszystkie jakie miały miejsce tej nocy. Potem zsunął się po skale obok starego. Po twarzy Strażnika spłynęła pierwsza i zarazem ostatnia łza w jego jakże długim życiu. On sam leżał jeszcze długo oparty o skałę. Jego ciało nie zregenerowało się tym razem. Zmęczony zbyt długim życiem, zapragnął odpocząć.
Gdy o świcie pierwsze promienie słońca oblały jego zmęczoną twarz, skonał.

Komentarze
Prześlij komentarz