Narduris. Początek
Narduris. Początek
Opowieść z początku
ery Tarów,
ze zbioru Kronik
Raroga, pióra Raroga
2018 - 2020
Potężne fale
rozbijały się o szare skały, wyrzucając w górę białe piany. Niebo zakryte w
całości stalową powłoką, przecinały niekiedy białe strugi piorunów. Szalał
sztorm. Pierwotny, dziki; najstraszniejszy o jakim kiedykolwiek słyszano na
tych ziemiach - w zasadzie, pierwszy.
Narduris wyciągnął
dłoń i złapał się skały. Grube, granatowe palce zacisnęły się na kamiennych
ostrzach, które wpiły się lekko w twardą skórę. Warknął cicho, w tym huku
prawie niezauważalnie. Kolejna fala o mało nie zmyła go w otchłań szalejącego
oceanu. Musiał się utrzymać, choćby za cenę rozlania własnej krwi. W przeciwnym
razie skończy w toni i świat o nim zapomni. Nie, nie mógł sobie na to pozwolić.
Jeszcze nie teraz, gdy jeszcze nikt o nim nie usłyszał. Gdy nikt nie zatrząsł
się przed majestatem jego imienia.
Próżne myśli – prawie
zaśmiał się, sam do siebie.
Humor poskromiła
kolejna fala, która zakryła go znienacka zimną pierzyną. Ostre głazy były mokre
i śliskie. Jedna stopa straciła przyczepność; Narduris osunął się i zawisł jedynie
na rękach. Jęknął, gdy ostre płaty skał przecięły mu dłonie.
Teraz albo nigdy –
pomyślał. Nie było czasu na analizę, zaraz spadnie. Zacisnął krwawiące dłonie,
odbił się nogą od ściany i bujnął w lewo na tyle ile mógł. Musi wystarczyć.
Gwałtowny zryw w prawo, wyciągnięta dłoń. Chwila prawdy…
Pudło.
Półkę skalną minął o
kilka centymetrów. Zacisnął zęby, raz jeszcze wychylił się w lewo. Jedyna dłoń,
na której zawisł paliła już żywym ogniem. Nieco większy rozmach, chyba się uda,
ponowne odbicie w prawo. W jednym momencie skurczył wszystkie mięśnie, skupił
całą swoją wolę i…
Na brzegu półki
skalnej wyłoniła się zakrwawiona dłoń; opadając ciężko wbiła się w skałę. W
ślad za nią pojawiła się druga, potem łokieć i ramię. Po chwili Narduris zwisał
już, zawieszony oburącz o występ skalny. Warcząc ciężko, podciągnął się i rozejrzał po okolicy. Półka
stanowiła pozostałość dawnej ścieżki, ciągnącej się wzdłuż klifu. W tym miejscu
wbijała się ostro w grań. Dawna ścieżka pozostała cała, choć teraz płynął nią
niewielki strumień. Narduris raz jeszcze podciągnął się i wspiął na półkę;
usiadł na ścieżce i oparł o zbocze, oddychał ciężko. Nie czół rąk; było tak
przeraźliwie zimno…
Spojrzał na morze,
ocean, czy czym to teraz było. Przez myśl przemknęło mu, że może to już koniec,
może zamarznie tu za parę godzin, wykrwawi się albo zmyje go któraś z fal.
Otrzeźwiony zimnym wiatrem, szybko zdał sobie sprawę, że siedzi na stosunkowo
szerokiej ścieżce, gdzie fale nie dochodzą, co czyni go w miarę bezpiecznym. W
każdym razie bardziej bezpiecznym, niż jeszcze chwilę temu, gdy zwisał z klifu
próbując się tu dostać. Choć wszyscy inni zginęli, jemu jakoś udało się
przetrwać. Gdy w końcu zdał sobie z tego sprawę, zaczął zastanawiać się, co
powinien dalej zrobić. Wokoło była tylko woda, skały i niebo. Zdawać by się
mogło, że cały świat zredukował się tylko do tych trzech rzeczy i obecnie
istnieją tylko one. Wiedział, że musi ruszyć dalej. Tylko gdzie? Pierwszym
miejscem do którego powinie się udać była wieża strażnicza, ale wieża została
zniszczona, dalej miasto, w którym mieszkał, ale miasto leży albo pod
wodą, albo droga do miasta leży pod wodą. Lepiej iść w górę, stamtąd może coś
zobaczyć, może kogoś zobaczy. Ostatecznie, tamtędy prowadziła droga do
stolicy.
Uspokoiwszy myśli,
Narduris spróbował wstać. Na moment siły go zawiodły i mało nie runął w
przepaść, ale zaparł się w sobie i zdołał przywrzeć do skalnej ściany. Gdy
odzyskał świadomość, wrócił też ból. Dokuczały mu pokaleczone ręce, kolana
i stopy, praktycznie całe ciało miał poobijane. Najbardziej jednak
przeszkadzały rany na dłoniach, palące żywym ogniem. Gdyby wchłonął nieco
energii, z łatwością mógłby się uleczyć. Zregenerowałby siły i naprawił
uszkodzone tkanki, ale do tego potrzebował źródła energii, żywej istoty, której
mógłby skraść nieco siły życiowej. Ostatecznie mógłby użyć innej, niższej o
rodzaj: rośliny, albo nawet ognia. Narduris, jak i cała jego rasa, mógł
absorbować energię i manipulować nią w pewnym zakresie.
Szybko porzucił te
myśli, gdy chłodna bryza rozbiła się o jego twarz. Tutaj nie było nic żywego,
ani zwierząt, ani roślin, nic. Jedynie nagie, ostre skały. W jednej chwili
zalała go fala wściekłości przemieszanej z frustracją i dezorientacją. Oparty o
skałę, sapał ciężko, starając się zapanować nad emocjami. Gdy dochodził jeszcze
do siebie, stojąc plecami do morza, zza
półki wystrzeliła fontanna morskiej piany. Zdołał uchwycić ją jedynie kątem
oka, gdy opadła na skalną półkę przewracając Nardurisa. Rozcięte kolano
natychmiast go otrzeźwiło. Przepełniony uczuciem niemocy, ryknął z bólu i
wściekłości. Nigdy zbyt wiele nie znaczył, nie był zbyt silny ani ważny, ale
teraz czuł się bardziej bezradny niż dziecko.
Zebrawszy resztki
siły woli, posklejane wściekłością i frustracją, wstał odrzucając resztki
strachu i wstydu. Sapiąc ciężko odpiął naramienniki, które zwaliły się na
ziemię wydając głuchy szczęk. Pomagając sobie zębami, ściągnął zdobione,
srebrne karwasze, rozpiął pasy zbroi i gramotnie zdjął płytowy pancerz z torsu.
Pas zostawił. Mimo, że dość ciężki, wiele dla niego znaczył.
Grzmoty ucichły,
przenosząc się bardziej na północ, jak się zdawało, ale fale były teraz
większe, a słona woda dochodziła już prawie do półki skalnej.
Praktycznie zdarł z
siebie płócienną koszulę i ponownie wykorzystując zęby, porwał na pasy.
Przewiązał rany pasami koszuli, zacisnął lekko pięści. Bolały, ale dało się
wytrzymać, powinien móc wspinać się dalej. Spojrzał na leżącą nieopodal zbroję.
Ciężki, płytowy pancerz nie stanowił dla niego specjalnej wartości, zwłaszcza
teraz, gdy nie ma już z kim walczyć. Karwaszy też nie miał żalu porzucać, to
tylko nędzne blaszki z symbolem jego stopnia wojskowego. Za czymś takim się nie
tęskni, za to naramienniki były po prostu piękne. Wyrastające ponad ramię tak,
że osiągały poziom ust, podbite czarnym, gęstym futrem, obite tytanowymi
płatami, miały kształt smoczych czaszek, obleczonych w dwie klamry, nabijane
ćwiekami i ozdobione runami. Generalskie naramienniki jego ojca, które
przekazał Nardurisowi w chwili śmierci, stanowiły jedyny dar, jaki kiedykolwiek
otrzymał, a zarazem ostatnią pamiątkę, nie tylko ojca, ale całego, dawnego
świata, który jego lud musiał niegdyś porzucić. Nie chciał zostawiać
naramienników, nie mógł.
Z prawdziwym trudem
zdołał najpierw nałożyć je na ramiona, a potem zapiąć. Gdy skończył, uświadomił
sobie, że zasapał się podczas wykonywania tak prostej czynności, którą niegdyś
praktykował każdego dnia, po kilka razy.
Nie jest dobrze -
pomyślał. Spojrzał w górę; skała na której teraz stał była niegdysiejszym
zboczem prastarego płaskowyżu Nowej Garhali. Teraz zbocze było czymś na kształt
fiordu. Do szczytu miał jakieś dwieście metrów, może mniej. Większość drogi
zajmowała ścieżka, ostatnie trzydzieści metrów, będzie musiał się wspinać;
zaklął cicho. Ścieżka, stanowiła stały punkt patroli, które co dzień odbywał,
prowadząca niegdyś do placu ćwiczebnego, ulokowanego na obszernej platformie
skalnej, mniej więcej w połowie zbocza. Teraz była pod wodą, jakieś pięćdziesiąt
metrów. Tam zginęli inni, tam Narduris nie chciał już spoglądać. Jedyna droga
prowadziła na górę. Odwrócił się od szalejącego sztormu i powoli wszedł na
ścieżkę.
Narduris pochodził z
garhalian, a garhalianie, cóż... ludźmi nie byli i poza wyprostowaną postawą,
proporcjami ciała i przeciwstawnymi kciukami nie wiele byli do nich podobni.
Sam Narduris był przeciętny jak na przedstawiciela swojego ludu, można rzec, że
nie należał wcale do olbrzymów.
Skórę miał koloru
granatowego, na klatce, brzuchu i dłoniach jasnoszarą. Nogi i ramiona miał
grube jak belki, umięśnione i poprzecinane ciemnymi pręgami. Palce u rąk i nóg
podobnie potężne, zakończone nie paznokciami, a tępymi pazurami. Staw skokowy
wydłużony, krótka łydka, stopa dziwnie zwierzęca – wszystko to sprawiało, że
poruszał się bardziej na palcach niż całych stopach. Głowę, chociaż właściwszym
określeniem byłby łeb, miał nienaturalnie dużą, wąską i podłużną. Umieszczona
na mięsistej szyi, przypominała bardziej ptasi dziób, ale gadzi, wypełniony szerokimi,
ostrymi zębami o rysach drapieżnika. Gdyby chcieć porównać garhalian do jakichś
innych istot, najbliżej by im było do humanoidalnych form pewnych wielkich,
drapieżnych gadów, jakie w prehistorycznych czasach chodziły po niektórych
światach. Człowieka w nich było mniej więcej tyle ile w człowieku jest z
szympansa, zatem trochę. Ale jak błędnym byłoby redukować ludzi do szympansów,
tak błędnym byłoby redukować garhalian do ludzi. Jeśli jednak chodzi o odruchy i emocje, te mieli jak
najbardziej ludzkie.
Narduris szedł
kamienistą ścieżką boso, odziany tylko w zniszczone, podarte spodnie, gruby
pas, oraz ciężkie naramienniki. Deszcz padał nieprzerwanie od początku
wspinaczki. Dziwnie było mu nawet myśleć, że kiedyś było coś przed wspinaczką.
Tamten świat już nie istniał i zdawało się, że nie istnieje już całe wieki.
Wyszedł teraz z
wyżłobienia skalnego i znów spojrzał w ocean; wcześniej miał urwisko po jednej,
a kamienny mur po drugiej stronie. Ścieżka była dość szeroka, ale trudna.
Wykuta niedbale w twardej skale, nosiła jeszcze ślady kowalskich młotów i dłut,
które ukształtowały ją przed wiekami. Zarówno ściany jak i podłoga były mokre
od deszczu, stawiane kroki były niepewne, każdy mógł skończyć się upadkiem.
Wlókł się zatem powoli, nieraz cofając się niezręcznie, gdy trafił bosą stopą
na ostrzejszy kamień. Opierał się dłonią o ścianę, o tyle, o ile mógł, gdyż
rany wciąż go paliły. Mniej niż na początku, lecz przez niedbale sklecone
opatrunki wciąż sączyła się świeża krew. Pot zmieszany z deszczem zlewał mu się
z czaszki zalewając małe, niebieskie oczy, umieszczone w głębokich oczodołach.
Sapał już ciężko, a przed sobą miał jeszcze niemal połowę drogi, o wspinaczce
nie wspominając.
Umrę tu – pomyślał –
na wszystkie demony Karebu, skonam na tej przeklętej skale! Szybko zgasił te
myśli. Nie może tak myśleć; takie myśli najszybciej mogą go zabić. Musi iść,
piąć się w górę. Dalej wzdłuż i dalej wzwyż, do grani; potem do stolicy. Raz
jeszcze spojrzał w szalejącą arenę żywiołów. Fale osiągały po trzydzieści
metrów, pioruny przecinały niebo jak błękitne wstążki, a deszcz…
Deszcz był pierwszym
objawem. Na Karebie nieczęsto padało. Nie, odkąd Oni przejęli kontrolę. Świat
się zmienił i zmienił się na Ich żądanie, naginając się do Ich wizję tego,
jakim powinien być. Zawsze jest cena. Zazwyczaj nie pamięta się o tym, ale cena
zawsze istnieje. Tak to już działa…
Narduris nie wiedział
dokładnie, kim byli Oni. Znał podstawowe fakty, wiedzę, którą musiał przyswoić
w akademii, potem w oddziale. Poza tym, nic. Nie interesowało go to, a nawet
gdyby, wszystkie informacje były dziwne i mgliste. Widział Ich tylko raz, gdy
był jeszcze dzieckiem. Przeciskając się między kolanami starszych widział
wysokie istoty, podobne do chudych ludzi o płaskich twarzach, którzy przybyli do
Garhalii. Pamiętał jak starsi kłaniali im się nisko, jak nikt nie śmiał
spojrzeć im w twarze. Jak zabrali grupę miejscowych i odeszli. Przestraszył się
ich wtedy i nawet teraz, w środku końca starego świata, na to jedno wspomnienie
przeszył go dreszcz. Kimkolwiek byli Oni, byli potężni. Potężniejsi niż
cokolwiek co znał. Zbudowali złote miasto zawieszone nad złotymi polami,
wznieśli góry graniczne na wschodzie, zmienili klimat. Losu jakoś zmienić nie
potrafili. Kto wie, co teraz się z nimi stało? Teraz, gdy wszystko inne, jak
się spodziewał, znalazło się pod wodą.
Narduris raz jeszcze
spojrzał w ocean, było ciemno jak w nocy, choć w rzeczywistości niedawno minęło
południe. A poranek wcale nie zwiastował zmian. Dzień zaczął się, jak co dzień.
Było pochmurno, ale chmurzyło się już ze dwa miesiące, więc nikt specjalnie się
tym nie przejął. Przełom lata i jesieni, zmieniony klimat rozmazał pory roku.
Wstał tego dnia
późno, o mało nie spóźnił się był na trening. W nocy, ostatniej spokojnej nocy
starego świata, nie mógł spać. Jakby przeczuwał, że coś nadciąga. Jakby czół,
że niebawem dane mu będzie zagrać ważną rolę w ostatnim spektaklu świata. Tego
ranka, na skalnej platformie, przy zboczu płaskowyżu Nowej Garhalii Narduris
odbywał kolejny już sparing. Walczył z przeciwnikiem o podobnych gabarytach,
ale nie szło mu zbyt dobrze. Walka na długie, ciężkie kije była zwyczajowym
treningiem żołnierzy jego oddziału. W pełnej zbroi, z obciążeniem na plecach i
rękach, wyciskał z sobie siódme poty, modląc się o przerwanie tej farsy. Gdy
oberwał kijem w skroń, stróżka krwi spłynęła mu do oka. Jego przeciwnik
wybałuszył oczy i starał poskromić śmiech wyciskając go kącikami ust. Skóra
garhalian była gruba i niełatwo było ją przeciąć, ale nie Nardurisa. Z zalanym
krwią okiem, musiał opuścić arenę i udać się do medyka siedzącego nieopodal. Na
widok rannego, medyk syknął przez zęby, wyprostował skrzyżowane ręce i wstając
skinął na żołnierza, by ten poszedł za nim.
Sfrustrowany, patrzył
dziko na niedawnego przeciwnika, który teraz dostawał niezłe lanie od jednego z
rekrutów, nawet niezaprzysiężonego, gdy stary cyrulik cerował mu czoło tępą
igłą. Gdy skończył, klepnął go w potylicę i warknął, aby ten zszedł mu z
oczu.
Gdy Narduris miał już
odwarknąć, niebo przecięła błyskawica. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie
to, że była to błyskawica pierwsza od niepamiętnych czasów. Jak na komendę,
wszyscy przerwali trening i zwrócili się w stronę zjawiska, obserwując niebo.
Zapadła martwa cisza. Kilkanaście par oczu wbiło się w sklepienie, nieruchomo
czekając na to, co się wydarzy.
Nagły huk przeciął
powietrze, odbił się od skał i wypełnił przestrzeń. To nie był dźwięk pioruna,
nikt nie znał tego odgłosu. Bez znaczenia. Wszyscy zdali sobie sprawę, co
zwiastuje. Ziemia zadrżała.
Grzmot pochodził z
ziemi, która drżała coraz mocniej, by zaraz zacząć się trząść. Kolejni
garhalianie chwiali się i padali na ręce i kolana, broń szczękała na stojakach.
Świat chylił się ku końcowi. Drżenie było coraz mocniejsze, do tego zaczęło
padać.
Teraz zainteresowanie
wykazał nawet Narduris. Płaskowyż nieraz dygotał, czasem lżej, czasem nieco
mocnie, ale nigdy nie padało. Niżej na nizinie i na wschodzie tak, ale Garhalia
była sucha, jak pieprz. Od wieków i na wieki, jak zdawało się jeszcze wczoraj.
Wstrząsy ustały,
deszcz padał coraz mocniej. Narduris wyszedł z tłumu i podszedł do skarpy, w
dole rozciągała się prastara równina, dalej lasy, pustynie i pustkowia. Tysiące
kilometrów dalej góry i nadmorskie kraje. Narduris wytężył wzrok, osłonił oczy
przed deszczem. Nagle wyciągnął rękę na północ i zakrzyknął:
- Tam, spójrzcie!
Naraz, wszyscy
stanęli za nim murem. Ziemia drżała lekko; na północy pojawiła się jasna,
błękitna łuna. Łuna, zbliżała się z każdą chwilą. Fala.
Idąc górską ścieżką,
spojrzał w szalejący sztorm. Stróżka rozcieńczonej krwi spłynęła mu po twarzy.
Szwy musiały puścić, pomyślał. Zacisnął dłoń w pięść. Ból przeszył ramię i
dotarł aż do szyi, przekładając się na agresywny grymas. W jednej chwili wrócił
do niego horror, o którym tak usilnie starał się zapomnieć.
Fala wielkości góry,
którą mają za sobą. Załamuje się na skałach i wystrzeliwuje w pionie jak
ściana. Trzy sekundy nim opadnie i zmyje ich z półki. Garhaliańscy żołnierze
rzucają się do ucieczki. Kolejne fale rozbijają im czaszki o skały, innych
zabierają w dół, w otchłań. Garhalianie nie umieją pływać, nigdy nie musieli.
Teraz toną, umierają. Narduris poślizguje się; z całego oddziału, on stoi
najbliżej zbocza. Kolejna fala łapie go w locie i wyrzuca w górę na jakieś
dziesięć metrów. Kawał mięsa, zwany niegdyś Nardurisem, zwala się prosto na
skały. Ma poobijane plecy i czaszkę. Niełatwo zebrać się do kupy. Ból przeszywa
kręgosłup i promieniuje na kończyny. Wtem łapie go żołnierz, którego jeszcze
przed chwilą nienawidził. Łapie za barki, podnosi. Narduris warczy z bólu.
Tamten bierze go pod ramię. Prą w stronę ścieżki, jak lodołamacz przez ocean
arktyczny, powoli, niezgrabnie, niezłomnie. Innych powalają fale, sami upadają.
Ci dwaj kroczą pewnie, ramię w ramie.
Jakimś cudem dotarli
do ścieżki, innych już nie słychać, już ich nie ma. Poobijany Narduris
odepchnął ramię towarzysza; skłonił głowę z lekka.
- W porządku – rzucił
– mogę iść.
- Dobrze, musimy się
śpieszyć – odparł tamten.
- Ruszajmy.
Ruszyli szybko, na
tyle, na ile pozwalały im nadwątlone siły i niesprzyjające warunki. Ścieżka
była wyboista, wykrojona w skale w twardy, nieprzyjazny sposób.
- Cholera, zaczekaj!
Muszę ściągnąć buty – zawołał nagle Narduris.
Jego kompan odwrócił
się zdziwiony, ale szybko pojął, o co chodziło. Narduris miał skórzane buty,
podszyte grubym futrem i wzmocnione stalowymi obiciami, całkiem niezłe do
walki. Teraz przemoknięte, zwiększyły prawie dwukrotnie swój niemały już
ciężar.
- Zdejmij jeszcze
naramienniki – odkrzyknął po chwili tamten.
Narduris poczęstował
go tylko chłonnym, przepełnionym gniewem spojrzeniem i wrócił do zdejmowania
butów. Potężne błyskawice przecinały nieboskłon. Padało obficie, do tego było
naprawdę ciemno. Razem z wodą przybył przenikliwy chłód, narastający z każdą
chwilą. Niebo było już czarno-grantowe, ale pioruny rozświetlały je gęsto,
tworząc jakby las świetlistych korzeni.
Bezsprzecznie piękne
– pomyślał Narduris. Równie piękne jak zabójcze – dodał w myślach i ta myśl
dziwnie mu się spodobała. Nie było czasu na podziwianie widoków. Zdjął buty i
pomknął dalej na bosaka, raniąc stopy, o co ostrzejsze kamienie.
Wtem jeden z gromów
spadł wprost przed nimi, zabijając na miejscu tamtego drugiego, Nardurisa
odrzucając w tył. Kamienie eksplodowały, wystrzeliły w górę i spadły niczym
grad. Ostatni ocalały żołnierz zakrył się łokciami. Ścieżka była zniszczona…
Raz jeszcze spojrzał
przez ramię na furię żywiołów. Wzrokiem ogarnął morze, który pojawiło się
zaledwie dwie godziny temu. Nie chciał, nie mógł już na nie patrzeć. Szedł
powoli, deszcz smagał jego twarz. Przymkniętymi oczami bacznie obserwował
ścieżkę, śliską i ostrą jednocześnie. Ból w stopach i dłoniach był silny.
Narduris zapewne poddałby się już dawno, gdyby nie duma. Przemożna, pełna
gniewu, zrodzona z rodowych mitów i historii, ignorowana przez cały świat.
Wzrastający przez lata gniew w parze z dumą i brakiem perspektyw, stanowi
całkiem niezły zestaw przetrwania, a to liczyło się teraz najbardziej.
Przetarł twarz.
Znalazł się już na końcu ścieżki i myśl tą przywitał z pewną ulgą. Z początku,
gdy wstępował na szlak, zdawało mu się że droga zajmie mu cały dzień. Był
zmęczony i obolały. Teraz, gdy dotarł tak daleko, nie miało to znaczenia.
Posuwa się do przodu,
nie stracił wiele sił. Może nawet mu się uda. Uda… Nie, on tego dokona.
Własnymi, ciężkimi ramionami wykuje swój sukces z zimnego, twardego metalu
losu. Gniew zapłonął w jego oczach; wypełnił go całego. Nie było czasu na
rozważania; deszcz zdawał się strzelać z nieba ze zdwojoną siłą.
Rozciągnął się ile
mógł; obite boki dały o sobie znać. Skulił się gwałtownie, gdy plecy przeszył
skurcz bólu. Powoli rozciągnął obolały grzbiet. Wyciągnął ramiona i złapał się
skały. Zbocze było tutaj łagodniejsze niż wcześniej. Podciągnął się na rękach,
pomógł lewą nogą, przywarł do skały. Ostrożnie ruszył w górę, podnosząc prawą
stopę do położonej wyżej rozpadliny skalnej. Przywarł do skały, nie napotkał
oporu.
Da radę. Może się
wspinać.
Wciąż ostrożnie, ale
z nieco większą wiarą wyciągnął dłoń. Najpierw jedną, potem drugą. Podciągnął
się, było dobrze. Ból nie zelżał, deszcz wciąż padał, ale stok był łagodny,
ramiona odpoczęły, a serce przepełniała nadzieja zrodzona z wściekłości i dumy.
Kolejne półki skalne,
rozpadliny i szczeliny. W świetle błękitnych gromów, na tle czarnej skały
przesuwała się, pięciometrowa, potężna postać wojownika, nieróżniąca się niczym
od mrówki. Fale rąbały gniewnie w klify, deszcz wypełniał przestrzeń, czarne
niebo zdawał się przesiąkać błyskawicami. Świat prawie się skończył. Kolejne
metry, coraz bliżej szczytu. Narduris przyspieszył, zatracił początkową
ostrożność. Teraz, liczył się tylko cel. Już blisko, już niedaleko. Trzy metry,
dwa, pół...
Grube palce
wyciągnęły się w trzaskającym świetle pioruna. Dłoń opadła ciężko.
Szczyt.
Zacisnął dłoń na
trawiastej połaci. Puścił drugą, wypiął się na palcach. Mały kamyk pod prawą
stopą osunął się. Za nim, zjechała stopa. Dalej lewa, przechylił się.
Dociśnięty do skalnego zbocza, z plecami rozdzieranymi bólem, nie miał siły
podciągnąć się na jednej dłoni. Trwało to dwie sekundy, innymi słowy wieczność.
W tych samych dwóch
sekundach uświadomił sobie, że jedyna dłoń, którą teraz się utrzymuje pali go
żywym ogniem. Tą dłoń, zaciska na mokrej trawie i glebie.
Trzecia sekunda
nadchodzi nagle i niespodziewanie. Spalona bólem dłoń puszcza grań, ześlizguje
się z trawy. Przemyka po zboczu i znika za jego krawędzią.
Śmierć.
Narduris odpadł od
skały, czas się zatrzymał. Trzydzieści metrów w dół musi skończyć się śmiercią.
Jeśli nawet nie nagłą, to powolną, pełną bólu, gdy będzie wykrwawiał się, być
może sparaliżowany. Być może los będzie łaskawy i zwyczajnie zamarznie w
spokoju. Albo łaskawy nie będzie, Narduris nabije się na iglicę skalną i
wyzionie ducha z dziurą w brzuchu.
Śmierć.
W jednej chwili, całe
życie staje mu przed oczami, czuje niepewność. Z dawno zapomnianej przeszłości
powraca lęk, wypełnił mu płuca, dusi. Z zakamarków podświadomości, na odsiecz
przybywa, gniew wraz z dumą. Jedna myśl rozpala się w jego skroniach; jeden
cel, odnaleziony w ostatniej chwili życia. Ten, którego zawsze szukał, za
którym podążał i którego pragnął. Jeden jedyny, którego już nigdy nie będzie mu
dane osiągnąć: nigdy nie zostać bezsilnym.
Śmierć.
Ale jeszcze nie
teraz. Całe to rozważanie trwa jedną sekundę. W następnej, jego rękę ściska już
wielka, srebrna dłoń.
Życie.
Narduris podniósł
wzrok. Deszcz ciął niemiłosiernie po małych oczkach; bez znaczenia. Nad
urwiskiem leżał wyciągając długą rękę stary kapitan. Jeszcze tego ranka,
dowódca Nardurisa. Leżał i śmiał się brawurowo. Małe oczka lśniły mu w
zakrwawionej twarzy, którą wykręcał teraz w paskudny uśmiech; w każdym razie,
coś na kształt uśmiechu.
Stary miał na tyle
siły, by podciągnąć Nardurisa tak, by mógł złapać się urwiska dwiema rękami.
Ten podciągnął się, dosłownie wpełzł na trawę i legł ociężale. Dyszał, z trudem
łapiąc powietrze, wpijając wzrok w kapitana.
Tamten zdążył wrócić
już na swoją pozycję. Oparł się o głaz i leżał, oddychając równie nielekko jak
uratowany przed chwilą młodzian. Wyglądał ogólnie dobrze. Był stary i najlepsze
lata miał wyraźnie za sobą, ale dalej z łatwością pokonałby młodego. Miał kilka
powierzchownych ran na twarzy i rękach oraz…
Narduris zrozumiał,
dlaczego wciąż tu siedział. Oprócz powierzchownych ran i stłuczeń, było jeszcze
coś. Prawą nogę miał zmiażdżoną; od połowy uda, aż po kostkę otwierała się
długa rana, w części tylko zastygnięta. Kapitan przewiązał nad nią gruby sznur,
spowolnił krwawienie dostatecznie by zapewnić sobie kilkanaście godzin konania.
Podczas ratowania Nardurisa, musiał naruszyć ranę. Świeże zakrzepy popękały i
trawę podlewała teraz świeża, ciepła krew, parująca prawie natychmiast, po
wydostaniu się z ciała.
Narduris patrzył na
to nieprzytomnie. Euforia sprzed chwili ulotniła się już, gdy adrenalina w jego
krwi zdążyła się już wypalić i ponownie odczuwał tylko zmęczenie i ból.
- Nie wyglądasz
najlepiej – stwierdził i było to najmądrzejsze, co był w tej chwili w stanie
powiedzieć.
- Co ty nie powiesz –
uśmiechnął się stary i zaniósł się kaszlem.
- Przemyłeś ranę?
Mogło wdać się zakażenie – zauważył znów młody.
Starzec odpowiedział
mu tylko znudzonym spojrzeniem i poprawił się nieco na skale.
- Deszcz ją obmył.
Przynajmniej tobie się udało. Spośród wszystkich żołnierzy akurat ty… Widziałeś
kogoś innego? Jak w ogóle zdołałeś się tu dostać?
Narduris myślał
moment; jego spojrzenie nadal było nieobecne.
- Jestem chyba tylko
ja. Nie widziałem nikogo innego. W każdym razie, nie wśród żywych. A jak się tu
dostałem? Sam nie wiem, chyba po prostu musiałem…
Kapitan prychnął
cicho.
- Musiałeś… Gówno
musisz, jeśli świat tego nie chce. Rano myślałem, że muszę zejść na dół,
powalczyć i wrócić na patrol. Potem świat uznał, że to dobry dzień na
zakończenie.
- Jak to się stało? –
spytał Narduris wskazując na zmasakrowaną nogę.
Stary machnął ręką.
- Przy pierwszej
fali, gdy zawalił się szczyt ścieżki. Miałem dwa metry do góry, ścieżkę diabli
wzięli, parę głazów poleciało na mnie. Był jeden ostry, rozorał mi nogę, o ile
można ją jeszcze tak nazwać. Zdążyłem jeszcze skoczyć i się tu wtoczyć, ale
marsz był już wykluczony. Potem patrzyłem tylko jak grzmi i pada. Myślałem,
żeby ją odciąć, ale musiałbym przypalić ranę, a nie mam jak wykrzesać ognia;
wszystko jest takie mokre… Ostatecznie postanowiłem tu zaczekać w nadziei, że
coś się wydarzy…
- … i wtedy pojawiłem
się ja – dokończył Narduris.
Zapadła cisza.
Siedzieli naprzeciw siebie dysząc ciężko w deszczu, który teraz zelżał
dostatecznie, by można go było nazwać mżawką. Wpatrywali się na pozór w mrok,
ale w istocie analizowali siebie nawzajem. Co chwila, spoglądali ukradkiem,
jeden na drugiego dostrzegając, że ten drugi robi to samo. Obaj próbowali
zgadnąć, jak rozwinie się sytuacja.
- Wracaj do stolicy –
rzekł w końcu stary. – Tak, jak nakazuje logika. Zapewne starsi wydali już
stosowne rozkazy. Trzeba, abyś ruszył jak najprędzej. Będą was młodych,
potrzebować teraz bardziej niż kiedykolwiek przedtem. Nadchodzą trudne czasy…
- Nie pójdę bez
ciebie – odparł beznamiętnie Narduris.
Jego ton zaniepokoił
starego, ale uznał to za marną próbę skrycia lęku, paniki albo bólu.
- Musisz iść –
kontynuował. – Jeśli posterunek wciąż stoi, zaalarmuj ich tam. Mają odpowiedni
sprzęt i leki, pomogą mi. O ile przeżyje, bo czuję, że nie zostało mi już wiele
czasu.
Narduris skinął
głową. Podniósł się niezgrabnie, i powoli podszedł do kapitana. Przykucnął przy
jego głazie i spojrzał mu w oczy.
- Nie mogę pozwolić
ci iść, jesteś zbyt słaby i pewnie wyzionąłbyś ducha przed zmierzchem. Muszę
iść, masz rację, ale nie mogę cię też zostawić. Jednocześnie jestem połamany i
poraniony. Jaki więc mam wybór?
Jego twarz przyjęła
dziwną minę. Kapitan z przerażeniem patrzył na otwarte szeroko oczy i trupie
światło głęboko w źrenicach.
Narduris podniósł
dłoń. W jednej chwili rozbłysła słabą poświatą, a kapitan jęknął z bólu. Jasne,
delikatne stróżki spływały z ciała starego, jakby kolor opuszczał jego ciało.
Przelatując lekko w powietrzu, wnikały w wyciągniętą dłoń, pozostawiając szare
truchło.
Kapitan starał się
odepchnąć jego dłoń, przewrócić go, lecz był zbyt słaby. Z trudem oddychał, z
nieziemskim trudem zdołał rzec tylko:
- Nie wolno ci,
będziesz przeklęty…
Narduris uśmiechnął
się złowieszczo.
- Już jestem
przeklęty. Czyżbyś nie zauważył? Tak ja, jak i cały ten świat jest przeklęty.
Ten świat mnie jeszcze nie zna, ale mnie pozna. A kiedy to się stanie, zadrży
na dźwięk mojego imienia, imienia Narduris Xymoorghor.
Ostatnia stróżka
wniknęła w jego dłoń. Szare, wysuszone truchło opadło na mokrą, skrwawioną
trawę.
Narduris wstał,
wyciągnął się i wyprostował. Rozwiązał bandaże, rany były zagojone. Wziął w
dłoń długą włócznię starego, bogato zdobioną, o szerokim ostrzu.
Spojrzał w szalejący
sztorm. Ostatni raz. Nagi tors poruszał się miarowo, pod ciężarem potężnych
naramienników. Stał tam jak tytan, starożytny i potężny, przeklęty władca
wielkiego imperium chaosu i gniewu. Pan pyłu i kamieni. Król zakrwawionego
klifu.
Jeden z ostatnich garhalian na świecie stał
tam jeszcze długo wpatrując się w swoje nowe królestwo.
Wkrótce zaczął padać
śnieg.

Widać że autor jest dużym fanem WOWa xD
OdpowiedzUsuń